wtorek, 7 grudnia 2010
Sobota w Sztokholmie!
Wegański poniedziałek
Zostałam zaproszona przez moją szwedzką koleżankę na coś, co się nazywa Klimax Uppsalas vegetariska måndagar. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale skuszona opisem jedzenia, jakie będzie serwowane postanowiłam to sprawdzić. Okazało się, że Klimax to regularne spotkania grupki wegan, którzy chcą promować ten styl odżywiania się (i styl życia, co tu ukrywać, jedno z drugim ma spory związek, wie to ta i ten, którzy są weganami i wegetarianami). Każdemu spotkaniu "przewodzi" ekipa osób, które obmyśliły menu i skompletowały przepisy. Potem wszyscy wspólnie przyrządzają potrawy! Przez moment czułam się jak w podstawówce - były czasem takie lekcje, na które trzeba było przynieść warzywa, noże i sztućce, a podczas zajęć wspólnie robiliśmy surówki. Ale oczywiście tylko przez moment, bo potem czułam się jak tu i teraz, w Szwecji, w grupie ciekawych i otwartych osób (byłam jedyną osobą nie znającą szwedzkiego i każdy to ostentacyjnie szanował:), a wspólne krojenie marchewek jest na prawdę dobrą zabawą. Chwilę to jednak zajęło, zanim zasiedliśmy do długiego stołu, gdzie każda z 25 osób znalazła miejsce, talerz i sztućce. Delektowaliśmy się pyszną zupą warzywną (ja byłam w grupie "zupa"), chlebem marchewkowym, sałatką z buraków, hummusem i ...tarta jabłkową. Wszystkie składniki pochodziły z rejonu Uppland i zostały wyhodowane przez lokalnych farmerów. Jabłka na tartę pochodziły z działki jednej z uczestniczek - był malutkie, miały pomarszczoną skórkę ale zapach i smak... niepowtarzalny i nieporównywalny z "dorodnymi" i błyszczącymi jabłkami z supermarketu lub bazaru.
Miejsce w którym wielkie gotowanie się odbywało jest przestrzenią wspólną akademika (zamieszkałego głownie przez szwedzkich studentów), w którym - uwaga - nie wolno spożywać alkoholu. Przy podpisywaniu umowy trzeba także zdeklarować się, ze jest się osobą trzeźwą.
Mieszkańcy akademika rzeczywiście nie piją, no może sporadycznie - jak najstarszy z grupy (nie chciał się przyznać ile ma lat ale jak na moje oko 35, może nieco więcej) Jasper - student pierwszego roku psychologii (po latach zajmowania się branżą komputerową, odnalazł swoje powołanie) - który pije od czasu do czasu wino, ale poza akademikiem:)
Z tym alkoholem to jest na prawdę ciekawa sprawa. Wiemy o reglamentowanej sprzedaży, teraz akademik dla "trzeźwych", ale chyba najbardziej niecodziennym dla osób z Polski obyczajem jest obowiązek przejścia testu na zawartość alkoholu w organizmie przed wejściem na imprezę organizowaną w młodzieżowym klubie! Tak, tak, poniżej załączam plakat koncertów, jakie odbywały się w klubie jakiś czas temu. Moja koleżanka Szwedka stwierdziła, ze to normalne - bo to klub TAKŻE dla osób poniżej 18 lat. A w Szwecji zdecydowanie promuje się trzeźwe imprezy dla młodzieży. Jak przeczytałam informację o tym "teście" (i informacji, ze nawet, jeśli osoba zechce opuścić na chwilę klub, np. podczas przerwy, po powrocie będzie przechodziła test ponownie - zdaje się, w calu zapobieżenia pokątnemu piciu w bramie:) to byłam nieco zbulwersowana. No bo ja osoba na pewno nie ponizej 18-roku życia, chcę sobie tam pójść, a wcześniej np. coś piłam (piątkowy wieczór, np. wino do kolacji) i hmm- nie zostanę wpuszczona? Po chwili jednak przypominam sobie, jak w czasach licealnych wyglądały imprezy, na które uczęszczałam. O tak, piło się. W sumie nic strasznego z tego nie wynikło (tzn. przynajmniej dla mnie, nie wiem do końca, jak z innymi...), ale... nic strasznego się nie dzieje, jeśli się nie pije. Pewnie nawet takie imprezy są nieco zdrowsze:) Tak przynajmniej zaobserwowałam mieszkając w Uppsali, tak wywnioskowałam z rozmów ze Szwedami.
Czekam więc na kolejny, wegański poniedziałek!
piątek, 26 listopada 2010
Bokcafé Projektil
Zawieje, zamiecie a dziś siarczysty mróz (z nieba padało coś podobnego do śniegu, ale mieniło się i błyszczało...i osiadało na kurtce, drzewach, chodniku, ulicy), a w oknach lampki, świeczki, na budynkach kolorowe iluminacje. Miejskie latarnie świecą na czerwono, różowo, pomarańczowo, popija się Glögg... Na prawdę listopad w Uppsali jest do zniesienia. Jeśli dodać do tego wszelkiego rodzaju socjalizację - jest miło. Ostatnio koleżanka Åsa wzięła mnie na pokaz dokumentów z cyklu "krytyka kapitalizmu". Filmy filmami (pierwszy był fenomenalny, "Requiem for Detroit" reż. Julien Temple - obraz wyludnionego miasta, które kiedyś było ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Przypomina nieco film M.Moore'a "Roger and Me", bo tez rzecz rozchodzi się o rozkwit i upadek fabryki General Motors, ale... tu doskonałe materiały archiwalne i muzyka, wszak Detroit to także siedziba legendarniej wytwórni Motown!) ale atmosfera miejsca. Pokaz odbywał się w opisywanym już kiedys przeze mnie tzw. Ungdomen hus, czyli Domu młodzieży. Ulokowany w starej kamienicy blisko rzeki na co dzień jest kawiarnią, miejscem spotkań, prób muzycznych. Można tam wypić herbatę za 6 koron (dolewka - 2 korony:), zjeść ciastko za 5 koron. Po 19.00, w zależności od grafiku odbywają się tam różnorakie wydarzenia - także i opisywany pokaz filmów. Mimo pozornego nieładu i klimatu DIY nad sceną powieszono dość spory ekran, było mnóstwo foteli, kanap (i dobrze, bo było sporo ludzi:). Specjałem wieczoru była zupa dyniowa. Cały dochód z wieczoru miał być przeznaczony na otwarcie niezależnej socjalistycznej kawiarnio-księgarni w Uppsali. A ja z dziewczętami - Szwedkami zajmowałam wielka, wygodna kanape i słuchałam (w przerwach między filmami) jak to się studiuje dziennikarstwo w Sztokholmie, na wydziale założonym w 1968 roku, gdzie główną lekturą dla studentów są teksty dotyczące marksistowskiej krytyki medialnej:)
Transgender Day of Remembrance
środa, 17 listopada 2010
Historia Prawa
sobota, 13 listopada 2010
w jakim towarzystwie ostatnio często jem lunch...
Pride pride i po pride
niedziela, 31 października 2010
ciepły jesienny halloween weekend
Nikomu nie podnosi się ciśnienie
piątek, 22 października 2010
dyskusja o pawie do aborcji
gdy odwiedził mnie Bartek
sobota, 16 października 2010
Prawo rodzinne
Esej, Karin Boye i judicial review
piątek, 1 października 2010
engagera dig!
Heterofriendly plus co ile kosztuje?
piątek, 24 września 2010
Sveriges Förenade HBTQ-studenter Uppsala
Tort Law by Mårten Schultz
Dziś odzyskałam wiarę w to, że ekscentrycznie wystylizowani wykładowcy (patrz - zeszłotygodniowa trauma po zajęciach z rzucającym markerami profesorem) mogą być osobami błyskotliwymi, przezabawnymi i doskonale tłumaczącymi główne koncepcje szwedzkiego prawa.
Dzisiejsze zajęcia z panem o nazwisku Mårten Schultz były ogromną, ogromna przyjemnością. Opowiadał o szwedzkich deliktach (tort law), a wykład był serią absurdalnych kazusów (choć dobrze pokazujących mechanizm działania prawa) podawanych z wdziękiem i zadziwiającą szybkością (ponoć po szwedzku mówi jeszcze szybciej). I tu dało się zauważyć kilka ciekawych różnic w porównaniu z polskim prawem zobowiązań z tytułu czynów niedozwolnoych. Okazuje się, że sprawy o odszkodowanie rzadko kiedy trafiają do sądów, bo Szwecja (zainspirowana Nową Zelandią) poza generalnym The Tort Liability Act (1974) wprowadziła także bardziej szczegółowe "programy kompensacyjne" : program dotyczący wypadków drogowych, wypadków w miejscu pracy, podczas hospitalizacji, w wyniku zażycia farmaceutyków, które opłacane są w większości przez rząd. Generalna zasada szwedzkiego systemu brzmi: szkody na osobie powinny być zawsze kompensowane (w akcie nie ma nawet wzmianki o związku przyczynowym).
Poza tym - co mnie dość uderzyło - szwedzkie prawo nie wyłącza odpowiedzialności dzieci za szkodę. W praktyce nie ponoszą one kosztów - bo działają ubezpieczenia, ale prowadzący zajęcia krytykuje taką konstrukcję, i to nie tylko dlatego, że sprawiał wrażenie rozkochanego w swoich pociechach ojca (o małych dzieciach wspominał kilka razy w swoich dygresjach). Podał pewnien przykład: zdarzenie miało miejsce w zeszłym roku. 6-letni chłopiec spowodował pożar posesji. Odszkodowanie zostało opłacone przez ubezpieczyciela, jednak ubezpieczyciel postanowił... pozwać chłopca. Jak się okazało, było to dziecko imigrantów. Na wezwanie do sądu nikt nie odpowiedział, wydawało się, że ludzie w ogóle nie mieli pojęcia, co się wydarzyło. Nie było mowy o żadnej pomocy prawnej - rodzice dziecka po prostu nic w tej kwestii nie zrobili, najprawdopodobniej z powodu braku rozeznania w systemie prawnym państwa, do którego się sprowadzili. Rezultat był taki, że chłopiec został obarczony obowiązkiem zapłaty 3 milionów koron odszkodowania. Dość absurdalna sytuacja, bo - jak twierdził wykładowca - wystarczyło tylko, aby rodzice dziecka przyszli do sądu i powiedzieli, że syn płacić nie będzie. Wydaje się, że szwedzkie prawo w tym punkcie stoi w sprzeczności z konwencją o ochronie praw dziecka...
Podczas wykładu Mårten Schultz zdziwiony tym, jak jego pismo niekorzystnie prezentuje się na tablicy zdradził nam, że 20 lat temu był artystą graffiti i tagował sztokholmskie metro tagiem "Rebel" (zademonstrował ten tag na tablicy). Jakkolwiek jego słownictwo było dość wyszukane, wielokrotnie pozwalał sobie na mniej oficjalne sformułowania. Przyklasnął odpowiedzi jednego ze studentów, że najbardziej popularną formą "property damage" jest "eee broken staff?", mówiąc, że to brzmi bardzo prawniczo. Ale chyba najbardziej porywającą opowieścią było to, jak szwedzki Sąd Najwyższy powołał się w swoim wyroku na jego naukowy artykuł i tym samym... pomógł dilerowi heroiny uzyskać odszkodowanie za skradzione mu pieniądze (nie trudno się domyślić ze sprzedaży czego pieniądze pochodziły). Jest to ponoć historyjka uwielbiana przez kilkuletnią córkę profesora (chyba coś w stylu bajki na dobranoc), która zawsze powtarza "Tato, jak mogłeś coś takiego zrobić?". Cóż jednak począć, skoro Sąd Najwyższy stwierdził (powołując się na artykuł Schultza), że w szwedzkim prawie deliktowym nie ma czegoś takiego, jak zakaz ochrony interesu kryminalisty, zatem należy ogólnego przepisu który mówi, że za szkodę na majątku powinna być wypłacone odszkodowanie.