wtorek, 7 grudnia 2010

Sobota w Sztokholmie!

Ostatnio spędziłam wspaniały dzień (i noc) w gościnie u Diany i Magdy rezydujących w STKH, u których również gościli Kasia i Radek (mama i syn:). Mroźny spacer (ale jakże uroczy) po mieście, kawa w lokalu na Sodermalm, wyglądającym z pozoru jak nieistniejący już niestety warszawski Bar Poziomka, a będący w rzeczywistości azjatycką restauracją ( w której nie mieli herbaty!!!), wspólne gotowanie i popijanie pysznych jabłkowo-pomarańczowych drinków i rozmowy.
Podróż Uppsala-Stockholm to też przyjemne doznanie - szybki, czysty i ciepły pociąg (ceny umiarkowane!), który 70 km pokonuje w niecałe 40 minut (przypominają mi się moje podróże do kieleckiego liceum, oddalonego od mojego miasteczka o 28 km, które PKS pokonywał w ... 45-60 minut...). No a za oknem obecnie - bajkowe, śnieżne widoki.

Wegański poniedziałek

Zostałam zaproszona przez moją szwedzką koleżankę na coś, co się nazywa Klimax Uppsalas vegetariska måndagar. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale skuszona opisem jedzenia, jakie będzie serwowane postanowiłam to sprawdzić. Okazało się, że Klimax to regularne spotkania grupki wegan, którzy chcą promować ten styl odżywiania się (i styl życia, co tu ukrywać, jedno z drugim ma spory związek, wie to ta i ten, którzy są weganami i wegetarianami). Każdemu spotkaniu "przewodzi" ekipa osób, które obmyśliły menu i skompletowały przepisy. Potem wszyscy wspólnie przyrządzają potrawy! Przez moment czułam się jak w podstawówce - były czasem takie lekcje, na które trzeba było przynieść warzywa, noże i sztućce, a podczas zajęć wspólnie robiliśmy surówki. Ale oczywiście tylko przez moment, bo potem czułam się jak tu i teraz, w Szwecji, w grupie ciekawych i otwartych osób (byłam jedyną osobą nie znającą szwedzkiego i każdy to ostentacyjnie szanował:), a wspólne krojenie marchewek jest na prawdę dobrą zabawą. Chwilę to jednak zajęło, zanim zasiedliśmy do długiego stołu, gdzie każda z 25 osób znalazła miejsce, talerz i sztućce. Delektowaliśmy się pyszną zupą warzywną (ja byłam w grupie "zupa"), chlebem marchewkowym, sałatką z buraków, hummusem i ...tarta jabłkową. Wszystkie składniki pochodziły z rejonu Uppland i zostały wyhodowane przez lokalnych farmerów. Jabłka na tartę pochodziły z działki jednej z uczestniczek - był malutkie, miały pomarszczoną skórkę ale zapach i smak... niepowtarzalny i nieporównywalny z "dorodnymi" i błyszczącymi jabłkami z supermarketu lub bazaru.

Miejsce w którym wielkie gotowanie się odbywało jest przestrzenią wspólną akademika (zamieszkałego głownie przez szwedzkich studentów), w którym - uwaga - nie wolno spożywać alkoholu. Przy podpisywaniu umowy trzeba także zdeklarować się, ze jest się osobą trzeźwą.

Mieszkańcy akademika rzeczywiście nie piją, no może sporadycznie - jak najstarszy z grupy (nie chciał się przyznać ile ma lat ale jak na moje oko 35, może nieco więcej) Jasper - student pierwszego roku psychologii (po latach zajmowania się branżą komputerową, odnalazł swoje powołanie) - który pije od czasu do czasu wino, ale poza akademikiem:)

Z tym alkoholem to jest na prawdę ciekawa sprawa. Wiemy o reglamentowanej sprzedaży, teraz akademik dla "trzeźwych", ale chyba najbardziej niecodziennym dla osób z Polski obyczajem jest obowiązek przejścia testu na zawartość alkoholu w organizmie przed wejściem na imprezę organizowaną w młodzieżowym klubie! Tak, tak, poniżej załączam plakat koncertów, jakie odbywały się w klubie jakiś czas temu. Moja koleżanka Szwedka stwierdziła, ze to normalne - bo to klub TAKŻE dla osób poniżej 18 lat. A w Szwecji zdecydowanie promuje się trzeźwe imprezy dla młodzieży. Jak przeczytałam informację o tym "teście" (i informacji, ze nawet, jeśli osoba zechce opuścić na chwilę klub, np. podczas przerwy, po powrocie będzie przechodziła test ponownie - zdaje się, w calu zapobieżenia pokątnemu piciu w bramie:) to byłam nieco zbulwersowana. No bo ja osoba na pewno nie ponizej 18-roku życia, chcę sobie tam pójść, a wcześniej np. coś piłam (piątkowy wieczór, np. wino do kolacji) i hmm- nie zostanę wpuszczona? Po chwili jednak przypominam sobie, jak w czasach licealnych wyglądały imprezy, na które uczęszczałam. O tak, piło się. W sumie nic strasznego z tego nie wynikło (tzn. przynajmniej dla mnie, nie wiem do końca, jak z innymi...), ale... nic strasznego się nie dzieje, jeśli się nie pije. Pewnie nawet takie imprezy są nieco zdrowsze:) Tak przynajmniej zaobserwowałam mieszkając w Uppsali, tak wywnioskowałam z rozmów ze Szwedami.

Czekam więc na kolejny, wegański poniedziałek!

piątek, 26 listopada 2010

Bokcafé Projektil

Zawieje, zamiecie a dziś siarczysty mróz (z nieba padało coś podobnego do śniegu, ale mieniło się i błyszczało...i osiadało na kurtce, drzewach, chodniku, ulicy), a w oknach lampki, świeczki, na budynkach kolorowe iluminacje. Miejskie latarnie świecą na czerwono, różowo, pomarańczowo, popija się Glögg... Na prawdę listopad w Uppsali jest do zniesienia. Jeśli dodać do tego wszelkiego rodzaju socjalizację - jest miło. Ostatnio koleżanka Åsa wzięła mnie na pokaz dokumentów z cyklu "krytyka kapitalizmu". Filmy filmami (pierwszy był fenomenalny, "Requiem for Detroit" reż. Julien Temple - obraz wyludnionego miasta, które kiedyś było ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Przypomina nieco film M.Moore'a "Roger and Me", bo tez rzecz rozchodzi się o rozkwit i upadek fabryki General Motors, ale... tu doskonałe materiały archiwalne i muzyka, wszak Detroit to także siedziba legendarniej wytwórni Motown!) ale atmosfera miejsca. Pokaz odbywał się w opisywanym już kiedys przeze mnie tzw. Ungdomen hus, czyli Domu młodzieży. Ulokowany w starej kamienicy blisko rzeki na co dzień jest kawiarnią, miejscem spotkań, prób muzycznych. Można tam wypić herbatę za 6 koron (dolewka - 2 korony:), zjeść ciastko za 5 koron. Po 19.00, w zależności od grafiku odbywają się tam różnorakie wydarzenia - także i opisywany pokaz filmów. Mimo pozornego nieładu i klimatu DIY nad sceną powieszono dość spory ekran, było mnóstwo foteli, kanap (i dobrze, bo było sporo ludzi:). Specjałem wieczoru była zupa dyniowa. Cały dochód z wieczoru miał być przeznaczony na otwarcie niezależnej socjalistycznej kawiarnio-księgarni w Uppsali. A ja z dziewczętami - Szwedkami zajmowałam wielka, wygodna kanape i słuchałam (w przerwach między filmami) jak to się studiuje dziennikarstwo w Sztokholmie, na wydziale założonym w 1968 roku, gdzie główną lekturą dla studentów są teksty dotyczące marksistowskiej krytyki medialnej:)

Transgender Day of Remembrance

Właśnie przeczytałam relację koleżanki z mojego koła naukowego, która w skrócie opisała jak minął organizowany przez koło dzień pod hasłem "UW przeciw dyskryminacji". Okazuje się, że było miło, ciekawie, ludzie podchodzili, pobierali ulotki, pytali o informacje. Ale byli też i przeciwnicy "promocji homoseksualizmu", którzy starali się przekonać dziewczyny z koła, że powinny zaprzestać swojej niecnej działalności. Przybyli z odbywającej się na terenie kampusu manifestacji (przeciw "promocji homoseksualizmu" na UW oczywiście...). Jakkolwiek patetycznie czy pretensjonalnie może to zabrzmieć pomyślałam sobie podczas czytania tego maila, że NA PRAWDĘ w ciągu 3 miesięcy odwykłam od tego typu wydarzeń, manifestacji, podchodów (obrońców życia nienarodzonego, homofobów). Przywykłam za to do niekoniecznie tłumnych, ale głośnych, odbywających się w centrum miasta, zwracających uwagę przechodniów zgromadzeń i marszy. Pierwszy był we wrześniu i był protestem przeciwko rasizmowi. Niestety nie zdołałam w nim uczestniczyć, ale czytałam relacje i oglądałam zdjęcia. Drugi był w zeszły piątek - tym razem udało mi się w nim wziąć udział. Zgromadzenie na głównym placu Uppsali a później marsz przez główną "handlową" ulicę odbył się pod hasłem upamiętniającym ofiary transfobii. Osób była garstka, mimo to były spore transparenty, pochodnie, oraz przemowy osób zaangażowanych w walkę na rzecz praw osób transseksualnych oraz osób, które są transseksualne.
Tak jak w którymś z poprzednich postów pisałam jak inne od tych "polskich" problemy prawne mają np. Belgowie (przykład eseju dot. prawa dyskryminującego matki-lesbijki), tak zeszłotygodniowa manifestacja może posłużyć za kolejny przykład przepaści jaka dzieli społeczeństwo Polskie od Szwecji w zakresie prawa i wyzwań temu prawu stawianych. Jedna z manifestantek zwróciła uwagę zgromadzonych osób na fakt, że tak pieczołowicie przygotowywany i wdrażany Equality Plan na Uniwersytecie w Uppsali nie uwzględnia dyskryminacji osób transseksualnych. Zastanawiam się czy to podpada pod "promocję homoseksualizmu", czy też autorzy tego typu sformułowań musieliby zdobyć się na kreatywność i stworzyć inne określenie na fakt sprzeciwiania się dyskryminacji osób trans.

Podczas zgromadzenia (i późniejszego przemarszu) do manifestantów podchodzili zaciekawieni przechodnie dopytując, o co chodzi, z jakiej to okazji, itd. Podeszła pani z niemowlakiem w wózku, która nie wiedziała czym jest transseksualizm (zostało jej to wyjaśnione), podszedł młody chłopak, potem starszy pan. Ja za każdym razem miałam paranoję, że gdy pytający dowiedzą się, z jakiej okazji odbywa się manifestacja, pojawią się inwektywy, napięcie, śmiech? Nic takiego nie miało miejsca.

środa, 17 listopada 2010

Historia Prawa

Zapisałam się na kurs "Comparative Legal History" mimo, że na pierwszym roku prawa na UW historia prawa polskiego i powszechna historia prawa są całorocznymi, obowiązkowymi przedmiotami. Czyli mam to zaliczone. Jednak skusił mnie opis kursu, w którym podkreślano, że nacisk połozony będzie na perspektywę porównawczą i obejmie tez np. prawo islamskie. Egzaminem będzie tzw. take-home exam (to także mnie skusiło:).
Co się okazało? Okazało się że od dwóch tygodni przeżywam raz euforię, wynikającą z inspiracji intelektualnych jakich doznaję podczas przygotowań do zajęć i podczas samych zajęć, raz załamanie i stany niemal depresyjne. Wspominam ten pierwszy rok prawa na UW, te dwa całoroczne przedmioty (i egzaminy!!!! z historii polskiego prawa miałam poprawkę, bo niestety nie potrafiłam rozwiązać kazusu dotyczącego sytuacji z życia pewnego szlachcica, no i zdaje się nie znałam szczegółowych zapisów prawnych i dat dlatego zrobiłam więcej niż to było dopuszczalne błędów w szczegółowym teście). Z całym szacunkiem dla prowadzących ćwiczenia, wykłady... to była po prostu gehenna. A najgorsze jest to że niewiele pamiętam z tego, co znajdowało się w opasłych podręcznikach. Pamiętam tylko, że byłam nieco zbulwersowana faktem, że zgwałcona w dawnej Polsce dziewka nie mogła dochodzić swoich praw jeśli uprzednio, podczas gwałtu nie wzywała pomocy "na całe gardło". Pamiętam też, że oczekiwałam jakiegoś bardziej pogłębionego komentarza dotyczącego Kodeksu Napoleona - perły europejskich kodyfikacji, w której Napoleon ustanowił, ze kobieta jest "wieczyście małoletnia" i podelga władzy ojca a potem męża.
Nie jest też chyba dobrym efektem tej pierwszorocznej edukacji fakt, że podczas aktualnego kursu zdałam sobie sprawę z wielu podstawowych braków, jakie moja widza dotycząca historii prawa zawiera i nie jest to bynajmniej spowodowane faktem, że pierwszy rok był 3 lata temu i po prostu co nie co z głowy wyleciało. Jest to za to spowodowane tym, że podczas nauki wspomnianych przedmiotów wymagania stawiane studiującym osobom sprowadzały się do zapamiętania wielu, wielu faktów z historii (i oczywiście dat, jakże by inaczej), przepisów, rozwiązań ustrojowych (wszelkich konstytucji europejskich).
Tu zaś podczas zajęć mamy za zadanie odpowiedzieć na pytania takie jak m.in.:
Jak przebiegała recepcja prawa rzymskiego w Europie i jakie były przyczyny sukcesu prawa rzymskiego? Dlaczego Anglia nie korzystała z Corpus Iuris Civilis? Jak się rozprzestrzeniało Common Law? Czy "West is the best" ?- wątki kolonialne przy okazji tematu "rozprzestrzeniania się prawa" na cały świat. Nakreśl historię rozwoju Common Law używając trzech wybranych słów-kluczy (lista zawarta w syllabusie, np. written-unwritten, deduction-abduction, centralisation, nationalism, family-individual, men-women-children...), Czym prawo angielskie różni się od amerykańskiego? Nakreśl historyczny kontekst powstania Kodu Napoleona oraz opisz jak się rozprzestrzenił po świecie. Co kodeks mówił o pozycji kobiet i pracowników?UWAGA--> Co pisała o tym Simone de Beauvoir?, Czy możliwe jest istnienie "judge-safe law"?, Podsumuj najważniejsze fakty z historii szwedzkiego prawa - dla szwedzkich studentów - wyjaśnij grupie znaczenie słowa lagom, Czy w szwedzkim kodeksie z 1734 roku można znaleźć ślady epoki Oświecenia?
(te seminaria już się odbyły)
Następne dwa zawierają m.in tematy takie jak: Za i przeciw stylowi niemieckiego kodu BGB, opisz główne założenia Konstytucji Republiki Weimarskiej - jak to się stało, że Hitler mógł legalnie dojść do władzy? CO się stało z wolnościami obywatelskimi w Trzeciej Rzeszy?, Co się stało z sądami i fakultetami prawa? Opisz kontekst rozwoju prawa islamskiego? Czy prawa człowieka powinny być uniwersalne, czy powinien mieć raczej zastosowanie kulturowy relatywizm?

Jesteśmy podzieleni na robocze grupy i każda grupa ma przygotować na zajęcia prezentację, którą należy w formie jak najbardziej pedagogicznej skierować do reszty grupy. Każdy w grupie ma mieć w wystąpieniu swój udział. Poza podręcznikami mamy do dyspozycji zbiór tekstów (zawierający m.in. fragmenty tekstów źródłowych, "Drugiej płci" de Beauvoir, "A history of their own" traktującej o historii kobiet, krytyczne teksty dotyczące kolonizacji).
Ten kurs kończy się za 1,5 tygodnia, czyli jest to niespełna miesięczny kurs.
Mam wrażenie, że nauczę się wielu rzeczy, zapamiętam wszystko, będę kontynuowała zgłębianie wiedzy dotyczącej kwestii fascynujących różnic między common law a civil law, kolonializmu i relatywizmu kulturowego (nie muszę chyba dodawać, że spędzanie czasu w bibliotece jest ostatnio moim ulubionym zajęciem biorąc pod uwagę ilość książek w języku angielskim dotyczących interesujących mnie zagadnień).
Dlaczego na UW uczymy się tak wielu rzeczy, a nie zawsze wiemy dlaczego? po co? jakie były efekty? co to znaczy w szerszym kontekście?

sobota, 13 listopada 2010

w jakim towarzystwie ostatnio często jem lunch...

Zdjęcie poniżej zrobione jest co prawda podczas wieczornej imprezy, ale chodzi o podkreślenie tego po raz kolejny... Oto przestrzeń charakterystyczna dla prawie każdej nacji w Uppsali. Uwaga - ostatnio dowiedziałam się, że nacje są tylko w Uppsali i Lund. Są to typowo uniwersyteckie miasteczka, dlatego żeby studiujące osoby nie umarły z nudów tradycyjnie wykształciła się tu właśnie taka oto nation's reality. No i przyznajmy że funkcjonuje to bardzo dobrze. Poza tym - jak twierdzi Per z mojego nowego kursu (o którym niebawem, jest o czym pisać...) twierdzi - choć to dość subiektywny punkt widzenia - po około 3 roku 5-letnich studiów ma się serdecznie dość Uppsali. On będąc teraz na 5. roku z radością przeniósł się do Sztokholmu, gdzie co prawda życie studenckie istnieje mniej więcej na takiej zasadzie, jak w Warszawie (we własnym zakresie:), ludzie raczej pracują niż studiują, jest nieco drożej no i musi dojeżdżać te 40 minut - ale to jednak duże miasto.
Z kolei chłopak sprzedający kawę i ciasto w przyjemnej uppsalskiej knajpce Eko Cafe (który nota bene poinformował mnie, że jego brat studiuje w ...Białymstoku) uważa, ze Uppsala i Sztokholm to dwa konkurujące miejsca! Coś na zasadzie Warszawa - Kraków (biorąc poprawkę na wielkość Uppsali, bo Krakowem jednak nie jest)?
Także zapraszam na dół do zdjęcia (postacie przy stoliku znalazły się na zdjęciu przypadkowo, chodzi oczywiście o obrazy:)

Pride pride i po pride

Odwiedziny dziewczyn w ubiegły weekend były doskonałą rozrywką i relaksem. Popijanie trunków w pokoju, wspólne, wieloosobowe posiłki podczas których mówi się po polsku - to coś czego nie miałam przez ostatnie dwa miesiące:)
No i wszystko to z antyrasistowskim queer festiwalem w tle. W czwartek poszłyśmy na film, który okazał się dość "ciężkim" przekazem wzbogaconym narracją na żywo odczytywaną przez autorkę - Hilary Goldberg. Zaciekawiła mnie druga część - dotyczyła współczesnego oblicza Los Angeles. To miasto będące nieraz synonimem Hollywood i tego, co z Hollywood zrodzone - niekoniecznie wysoka, ale na pewno kultura. Film przedstawił nie do końca chwalebne oblicze miasta - opuszczone budynki, zaniedbane tereny, brak eko-polityki, za to wciąż rozrastający się system więziennictwa. Był to dla mnie wstrząs, biorąc pod uwagę fakt że w ciągu ostatnich 2 miesięcy zdołałam zapłodnić swój mózg wyobrażeniem LA pochodzącym prosto z serialu "L Word"...

W trakcie festiwalu można było wpaść na darmowe/lub pay as much as you can - śniadanie. Pieczywo i wegańskie dodatki, musli, jogurty i tym podobne śniadaniowe produkty można było zjeść w mieszczącym na górnym piętrze głównego festiwalowego punktu - kina Slotsbiografen (ponoć to w tym właśnie kinie mały Ingmar Bergman zadecydował, ze zostanie reżyserem).
Z opcji śniadań korzystałyśmy, ale wiele zależało od tego, kiedy na poczęstunek się dotarło (jedzenie szybko znikało). Jednak zapasy były uzupełniane i właściwie przez cały dzień można było w stosownej cenie podczas festiwalu coś do jedzenia nabyć. Piątek był też dniem, w którym miała się odbyć projekcja krótkiego filmu zrealizowanego przez Radykalną Akcję Solidarną po zabójstwie Maxwella Itoi (http://www.solidarnizmaksem.bzzz.net/?q=node/1), który Monika przywiozła z Warszawy. Mimo entuzjazmu organizatora festiwalu - Jonasa, naszego krótkiego wstępu przed projekcją (wygłoszonego dla nielicznej, ale jednak zaciekawionej widowni) oraz rozdystrybuowania materiałów RASu na temat sytuacji imigrantów w Polsce pokaz się nie odbył... (niewyjaśnione problemy z nasza płytą). Jednak kolejna szansa istniała - w sobotę pokaz krótkich filmów miał się odbyć po raz drugi i wtedy właśnie (już niestety bez wstępu:) bez problemów technicznych film został wyświetlony. Jesteśmy bardzo dumne z tego polskiego akcentu, tym bardziej, że film zmontowany jest z nagrywanych na telefon komórkowych filmów pokazujących całe zajście, oraz z komentarzy policji, pani prezydent Warszawy (czy raczej braku komentarza, bo na filmie mówi tylko policjant) - jest więc dość przejmujący.
W piątek robiłyśmy też zakupy we wspominanych już poprzednio uppsalskich secondhandach, a o 16.00 ja opuściłam dziewczyny udając się na mój wolontaryjny dyżur. Dyżur ostatecznie sprowadził się do... robienia kanapek które (wraz z ciastami, muffinami i innymi pysznościami) później były sprzedawane wygłodniałym festiwalowiczom podczas imprezy tanecznej, na którą my dotarłyśmy pomiędzy projekcją dokumentu o czarnych transseksualistach woman to man, a queerowym porno butch (opis filmu na stronie festiwalu :"This award-winning sex-radical butch-femme porn-classic is sure to turn up your emotions.":) No rzeczywiście film podziałał na nas dość ostro... Oglądanie seksu w konfiguracji butch-femme tak bardzo przypominało klasyczny porno układ hetero, że powstaje pytanie - czy seks może być egalitarny??? czy jednak zawsze ktoś ma władzę - szczególnie na porno filmach.
Na sobotni poranek zostawiłyśmy sobie pchli targ ale... zapomniałyśmy że 6 listopada to szwedzkie święto zmarłych...Targ był zatem niestety opustoszały, ale znalazłyśmy dwa stoiska z całkiem dobrymi towarami, także i ciuch i kolczyk został zakupiony. Potem udałyśmy się do budynku festiwalowego w celu rozstawienia się z naszymi propagandowymi materiałami prosto z Polski. Monika wysłała paczkę z ulotkami, broszurami (m.in. z Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny), Ewa dowiozła materiały z Fundacji Autonomia. Do tego piny i gipsowe cipki na sprzedaż. Gdy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że większość organizacji już się "rozłożyła", ale na szczęście przy wstawiennictwie uroczej Cecylii udało nam się zająć stolik (na spółkę z kolegą ze szwedzkiej organizacji antydyskryminacyjnej) i tak przez kilka godzin sobie przy tym stoliku zasiadałyśmy. Osoby które zatrzymywały się zaciekawione starałyśmy nieco poinformować w temacie organizacji, których materiały miałyśmy, powodów, dla których w maju 2010 roku zostały wyprodukowane gipsowe cipki itd. Materiały które nam zostały są obecnie w mojej szafie - mam nadzieję, że jeszcze się przydadzą. My same tez zwiedziłyśmy kilka stoisk. Były m.in. organizacja ochrony zwierząt, przedstawiciele gminy, organizacja anarchistyczna oraz lokalne przedstawicielstwo RFSL - The Swedish Federation for Lesbian, Gay, Bisexual and Transgender Rights (http://www.rfsl.se/uppsala/). W międzyczasie dołączyły do nas (przybywając ze Sztokholmu) Magda i Diana, z którymi to spędziłyśmy resztę dnia i nocy - najpierw na wspólnej kolacji i piciu alkoholu, potem zaś na queer imprezie będącej zwieńczeniem festiwalu. Jednak jeszcze przed imprezą uczestniczyłśmy w fenomenalnym występie pisarki, performerki i aktywistki Staceyann Chin. Mądra, piękna, zabawna - publiczność pokochała ją od pierwszego słowa. W stylu podobna do Eve Ensler, a i to co mówiła (odczytywała) z Monologami Waginy też miało coś wspólnego. Promowała najnowszą książkę o swoim dzieciństwie na biednej i homofobicznej Jamajce (książkę zakupiłyśmy, mamy tez dedykację od Staceyann). Próbki tego, co ma miejsce podczas spotkań z tą inspirującą i wspaniałą postacią można oczywiście znaleźć na youtubie-->http://www.youtube.com/watch?v=bGk3-OJX7KE
Sobotnia wieczorna impreza była dość osobliwa, bo klub w którym się odbywała zdawał się być tym z rodzaju "straight", niż "queer", co objawiło się choćby w tym, że stojąc w kolejce do wejścia zostałyśmy "zaatakowane" przez grupę wciętych 18-latek dopytujących nas czy jesteśmy "gay" i czy ten klub jest dziś "gay"??? Zdaje się że nie miały złych intencji, po prostu chciały się upewnić, ale zrobiły to w dość natarczywy sposób....
Impreza była reklamowana jako Chew Disco Pride Illegal - Gala for LGBT person without residence permit, a jej organizatorami była ekipa z Liverpoolu - Emma i Khalil, przy wsparciu performerów i artystów. Kim są i co robią - tego można się dowiedzieć z ciekawego i inspirującego wywiadu z E&K http://uppsalapride.wordpress.com/2010/11/03/why-you-should-go-to-chew-discos-pride-illegal-gala-for-lgbtq-peole-without-residence-permit/
Dlaczego to robią, jak to robią, idea DIY music and movies, pomysł na dość kontrowersyjny plakat, który miał w ich zamierzeniu zderzyć obraz przemocy, opresji i wyzysku (tak mocno obecny w grindhousowej ikonografii!!) z mającymi dokładnie odwrotny przekaz hasłami - to wszystko bardzo mnie urzekło. Wieczór był na prawdę miły, na scenie pojawiały się postacie niczym z groteskowego filmu, był też koncerty (m.in. hipnotyzująca soulowa artystka Seinabo Sey), dobra muzyka do tańca, ale... był też moment grozy. W pewnym momencie, kiedy to kolejnym występującym na scenie był kolejny mężczyzna (na dodatek biały) do mikrofonu przemówiła po angielsku dziewczyna, która prosto z mostu powiedziała, że jej się to nie podoba i że mają być tu tez kobiety i osoby czarnoskóre. Na scenę powrócił nieco zdezorientowany artysta, niestety niebawem uciszyła go kolejna osoba i zarzuciła organizatorom, że występ ten kłóci się z ideą festiwalu, bo afro-peruka na głowie białego mężczyzny to nie jest antyrasism. My (ale i wiele innych osób na sali) byłyśmy na prawdę zdziwione. Tym bardziej, że akurat występ tego pana, wyglądającego trochę jak postać "Murzyna" z "Alternatyw 4" (jeśli chodzi o rysy i fryzurę:), który w sposób na prawdę zabawny wyśpiewywał do podkładu tekst hitu "I will survive" dostarczył nam na prawdę dużo pozytywnych wrażeń. Ogólnie była to dziwna, kłopotliwa sytuacja. Organizatorzy Pride wyszli na scenę i prosili o wyrozumiałość, debatę, przeprosili też za całą sytuację. Mieli to przedyskutować - czy to zrobili, jeszcze nie wiem. Wiem jednak że miałam nieodparate wrażenie, że dziewczyny, które zgłosił swój sprzeciw jednak się trochę zagalopowały. Niedługo po ich wystąpieniach na ścianę rzucono archiwalne filmy pokazujące akcje i manifestacje z czasu Czarnych Panter i Martina Lutera Kinga. Tak jakby ktoś chciał udowodnić, że kobiety i czarni wkrótce by się w programie imprezy pojawili...
Imprezę opuściłyśmy jakiś czas przed jej zakończeniem - słyszałam, że było bardzo wesoło i tanecznie (włącznie z tańcami na scenie).

W niedzielę rano musiałyśmy się rozstać - odwiedziny dobiegły końca, ale festiwal jeszcze trwał. Udałam się na mój poranny dyżur, który zakończył się niespodziewanym uczestnictwem w warsztacie Feminist Self-Defence, który prowadzące go dziewczyny zgodziły się specjalnie dla mnie i Nesli używać języka angielskiego. To było bardzo miłe. Wiele aktywności i wykładów podczas UPride było tylko po szwedzku (ale i tak bardzo miło, ze cokolwiek było po angielsku!), co siłą rzeczy nie pozwalało nam brać udziału kiedykolwiek w czymkolwiek. W tym przypadku problemu nie było, grupa była nieliczna, wszystkie kobiety przystały na naszą prośbę. Było bardzo ciekawie i jakoś tak wyzwalająco. Nie brałam udziału w warsztatach WenDo w Polsce i choć tu słowo to nie padło, mam wrażenie że było to coś do WenDo porównywalnego. Uczyłyśmy się jak nie ustępować drogi (jeśli osoba - zwykle mężczyzna - z naprzeciwka wyraźnie od nas tego oczekuje), mówić nie, bronić się przed niechcianym "skróceniem" dystansu. Były też ćwiczenia przy użyciu worków treningowych (na wypadek skrajnie niebezpiecznych sytuacji bez wyjścia), ale ogólnie był to bardziej kurs pewności siebie i asertywności.

Po południu powróciłam do pozafestiwalowej rzeczywistości bez gości poprzez rytualne sprzątanie i pranie. Wspominam z rozrzewnieniem...

niedziela, 31 października 2010

ciepły jesienny halloween weekend

W piątek zaraz po 5-godzinnym, kazusowym egzaminie z kiążkami i pomocami na wyciągnięcie ręki - udałam się do sławnego klubu w nacji Varmlands. Było na prawdę miło, choć jak zwykle muzycznie nie do końca mogłam się odnaleźć. No ale nawet nieco potańczyłam (!) - co ciekawe - pośród półek z książkami. Bo klub onzacza tyle, co zaanektowanie całej przestrzeni budynku nacji. To, co na co dzień jest kafajką, restauracją, biblioteką (stąd te książki:) w wieczór klubowy staje się całe...klubem. Zamiast lunchu, kawy i ciastek kupuje się piwo, cidery i mnóstwo wódki, dżinu, rumu itp (o tak, zauważyłam, że bywalcy i bywalczynie studenckiego klubu popijają dużo mocnego i dość drogiego alkoholu) . Początkowo przebywałam w znajomym gronie, czyli Neslihan z Turcji plus jej znajomi z Francji, potem wszystko się pomiksowało i skończyłam przy stoliku ze Szwedami studiującymi leśnictwo. Dyskusje były o polowaniu (ja byłam przeciw a oni jako leśnicy objaśniali mi jak to jest w praktyce. i tak jestem przeciw).
W sobotę zaś byłam na urodzinach Valerii z Meksyku (z którą mamy plany muzyczne, ale cicho sza - zobaczymy. Valeria gra na keybordzie i sama sobie miksuje piosenki, całkiem ciekawie, i jest za wystąpieniem w opisywanej wcześniej akcji open mic night - ja oczywiście się cieszę, że mam kogoś do snucia tego typu projektów...ale gdzie jest moja gitara???)
Urodziny były - to ciekawe - w chatce na cichym i spokojnym osiedlu, gdzie o godzinie 21 w sobotę spora część mieszkańców jadła rodzinną kolację lub oglądała tv (okna bez zasłon).
Chatka w środku tego osiedla jest właśnie przeznaczona na imprezy - można ją wynająć. Na przyjęciu było dużo osób z Meksyku, dużo tequilli, był też poprzebierane za diabły dzieci, które jednak szybko pogrążyły się we śnie na ustawionych tu i tam kanapach. Valeria wychyliła na prawdę sporo kieliszków z tequilą i powiedziała mi, że w Meksyku jest inaczej niż w Europie, ponieważ różnice płci są bardzo wyraźne i są wręcz celebrowane. Nie jest równo, jak w Europie, jest podział i określone role. Jesteś kobietą i idziesz ulicą, pracujący na rusztowaniach robotnicy krzyczą w twoim kierunku i pogwizdują (Mammasita! - znaczy - You're hot!). Valeria zauważa, ze w Szwecji tego nie ma i to jest ok, ale czasem ją to niepokoi, bo czuje się niewidzialna.
Jeśli chodzi o lesbijki to podobno one są zwykle bardzo męskie i "po męsku" ubrane. To jest sygnałem dla panów z rusztowań, że nie mają po co się wysilać z krzykami i gwizdami.
Ucieszyło mnie kiedy Valeria poprosiła o informacje na temat Uppsala Pride i powiedziała, że chętnie weźmie w festiwalu udział.

No więc festiwal! Dziś było spotkanie osób zaangażowanch wolontaryjnie - dostaliśmy plakaty, ulotki, gazety z programami. Muszę to porozrzucać i poprzylepiać - szczególnie na wydziale prawa! Ale i tak festiwal jest już dość mocno rozreklamowany - jest sponsorowany także przez miasto. Spotkanie prowadził Johan, który jak się okazuje jest prawą ręką Gudrun Schyman - przewodniczącej Feministik Initiativ. Spotkanie spotkaniem (było miło, wiem kiedy mam dyżury, reszta niebawem, no i podczas tych czterech wyczekiwanych dni) - > ale miejsce! Było to w czymś na kształt domu kultury, ale nieco innym niż Grand. Ten dom kultury, mieszczący się w starej kamienicy, to jednocześnie kawiarnia i sala prób. Ściany pomieszczeń są dość frywolnie pomalowane, toalety stanowią forum przekazywania różnorakich treści (na desce klozetowej przeczytałam ciekawe hasło, nie pamiętam dokładnie, ale przekaz brzmiał, że każdy jest winien 100 rasistowskich skalpów ). W trakcie naszego meetingu przybyli chłopcy - muzycy gothic-metalowego bandu, którzy zaczęli się przygotowywać do próby. Po paru minutach dołączyły do nich dziewczyny z pomalowanymi na biało twarzami. Niestety nie wiem jak przebiegała próba.

Jutro wykład inaugurujący nowy kurs: Comparative Legal History and Contemporary Jurisprudence, a potem przygotowania przygotowania na przylot Moniki i Ewy - w czwartek~!

Jak miło...

Nikomu nie podnosi się ciśnienie

Dopiero kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że jednak tu - w Szwecji - na wydziel prawa (ale i nie tylko) jest inaczej. Brzmi banalnie, ale zaraz wyjaśnię o co mi chodzi. Zdaje się, że to opis dyskusji na temat prawa aborcyjnego, czy może jej braku był takim pierwszym krokiem do tego, żeby stwierdzić, że to, od czego zwykle w Polsce na ulicy, na spotkaniach towarzyskich, na zajęciach, debatach, manifach - podnosi mi się ciśnienie - czyli seksizm i homofobia - tu jest obecne w niewielkim, jeśli nawet w zerowym stopniu!. Oczywiście, może gdzieś indziej, w innych gronach, w innych środowiskach, "undergoundowo", nieoficjalnie, w głębi duszy...tego nie wiem. Ale na pewno nie oficjalnie i z podniesiona głową. No bo jak może być inaczej, skoro w Szwecji i w krajach, z których pochodzą osoby z mojej grupy - w Nowej Zelandii, Holandii, Belgii, Niemiec, Australii - małżeństwa lub choćby związki partnerskie osób tej samej płci są prawnie rozpoznawalne? A za tym idą wszystkie te kwestie, o których się wspomina w Polsce przy okazji przekonywania, że takie uregulowanie jest potrzebne nie tylko po to, żeby osoby homoseksualne się lepiej poczuły, czyli kwestie podatkowe, szpitalne, rodzicielskie, o kwestie dziedziczenia. czyli To, co w Polsce jest tematem tabu, czy nawet oznaką antypatriotyzmu, antykatolicyzmu, oznaką bycia osobą niemoralną, "chorą" - jeśli chodzi o debatę polityczną, prawną (kazus podręczników do prawa rodzinnego...) i publiczną (ale też i w prywatnej dyskusji są nierzadko źródłem zgorszenia!) nie wywołały żadnej kontrowersji na moich zajęciach (poza wspomnianymi ukradkowymi westchnieniami niezadowolonego Belga), nie były tematem do kłótni, dyskusji. Nikomu nie podnosi się ciśnienie. Może istnieją osoby, które w głębi duszy wyznają antywartości homofobiczne i seksistowskie, albo podyskutowałyby o tym przy piwie. Na ubiegłotygodniowej obronie esejów jednak, kiedy to poza esejem o aborcji były trzy odnoszące się do małżeństw homoseksualnych - nikt nie podnosił kontrargumentów. Bo to już jest, już istnieje, to prawo już funkcjonuje, ludzie biorą śluby, mają "legalne" rodziny.
Katrien z Belgii pisała o prawie lesbijek do sztucznego zapłodnienia i kwestiach związanych z rozpoznawalnością matki nie-biologicznej. W swoim tekście starała się dowieść, że prawo belgijskie, choć dość progresywne, jest jednak pełne luk i jeśli chodzi o ta właśnie kwestię, to w porównaniu do szwedzkiego jest krzywdzące i niesprawiedliwe! Chodzi o to, ze w Szwecji partnerka biologicznej matki dziecka staje się automatycznie drugim rodzicem - po dopełnieniu procedury uznania (czyli tak samo, jak to jest w przypadku par hetero). W Belgii zaś musi ona dziecko .... adoptować (czyli w porównaniu do par hetero - ma gorzej). Taki temat, takie zagadnienie!!! Wyobrażacie sobie taki dylemat w Polsce? Chyba za 200 lat... Dalej Martta z Finlandii - napisała tekst o związkach osób tej samej płci w świetle prawa fińskiego i szwedzkiego. Uznała, ze prawo fińskie jest refleksem zachowawczości społeczeństwa fińskiego i uznaje TYLKO związki partnerskie osób tej samej płci, nie zaś małżeństwa. Trwa debata, zobaczymy.
Rozumiecie co chcę powiedzieć? Polska NA PRAWDĘ odstaje... Jestem wywoływana do tablicy, żeby opowiedzieć o "prawnych ciekawostkach", o kształcie debaty publicznej, o sławnych na całą Europę postaciach z rządu Kaczyńskiego (i nie tylko). Nie wstydzę się i nie peszę, ale po prostu ja chcę żeby się to zmieniło!!! Chcę żeby w Polsce było inaczej, bo gdzie indziej jest i to dobrze funkcjonuje, jest źródłem czegoś lepszego, niż mamy w Polsce.

Z tego co zauważam, kwestią która jest w Szwecji obecnie ważna, przynajmniej w gronie aktywistów LGBTQ, jest walka z transfobią. Jakkolwiek wszystkie formy wykluczenia i dyskryminacji są ze sobą w jakimś stopniu tożsame, okazuje się, że feminizm potrafi być transfobiczny. Że kategoria trans - dziś, tu, w społeczeństwie, gdzie widok trzymających się za ręce kobiet i mężczyzn na ślubnym kobiercu jest czymś codziennym i normalnym - jest kategorią z pogranicza, dlatego wzbudzającą lęk. Przylepia się jej plakietki wynaturzenia, dewiacji, fanaberii.
Oto ciekawy tekst, który znalazłam na profilu kolegi z SFQ grupy - Warrena (pisałam, że na tym pierwszym zapoznawczym spotkaniu od razu powiedział o swoim trans doświadczeniu) -

A propos Warrena - w necie można znaleźć video jakie nakręcił ze swoim mężem w ramach akcji
"It gets better". Portal http://www.itgetsbetterproject.com/ i cała akcja zostały zainicjowane przez amerykańskiego dziennikarza Dana Savage'e po tym, jak na zebraniu rady miejskiej w Teksasie jeden z zasiadających w niej radnych popełnił wzruszające i wstrząsające jednocześnie wyznanie, którego źródłem były powtarzające się doniesienia na temat samobójstw popełnianych przez nastoletnich gejów i lesbijki, którzy nie potrafią sobie poradzić z prześladowaniami w szkole i w najbliższym środowisku (polecam, jeśli jeszcze nieznane: http://www.ted.com/talks/joel_burns_tells_gay_teens_it_gets_better.html).

Link to video Warrena, który porusza kwestię transseksualistów:

A za parę dni... Uppsala Pride!

piątek, 22 października 2010

dyskusja o pawie do aborcji

się nie odbyła...
Nadal jestem w ciężkim szoku, ale na wczorajszej obronie mojego eseju dotyczącego prawa do aborcji NIC się nie wydarzyło. A może aż tyle się wydarzyło. Obawy, że ze swoim poparciem dla prawa do aborcji i krytyką supremacji religijnych poglądów w dyskusji o prawie zostanę wywołana do tablicy przynajmniej przez dwóch kolegów z katolickiego uniwersytetu z Belgii okazały się paranoją przez duże P. Mój esej i wszystkie deklaracje i poglądy jakie wygłosiłam nie wzbudziły większego zdziwienia. No może parę osób się poważnie zadumało i zmartwiło tym, co to się w Polsce wyprawia, że ten kościół, że brak możliwości wyegzekwowania prawa do aborcji, ostatnie groźby biskupa dotyczące in vitro (wspomniałam), ale żeby mówić w kategoriach "życia nienarodzonego", "morderstwa", "prawa do życia dziecka poczętego", "złych i nieodpowiedzialnych kobietach" - nic z tych rzeczy. Koledzy z Belgii nie odmówili sobie jednak zadania mi dwóch pytań, ale były to moim zdaniem pytania zasadne i trafne: Jak to rzeczywiście jest z tym wychowaniem seksualnym? (wspominałam, że źle, więc potwierdziłam i rozwinęłam), Czy ojciec powinien mieć tez prawo do decyzji o aborcji? (wywiązała się mała dyskusja, ale nikt nie twierdził, że mężczyzna powinien mieć pełne prawo do narzucania kobiecie decyzji). Także pełna kultura. Na prawdę więcej emocji wzbudził w grupie esej dotyczący sposobu określania odpowiedzialności karnej osób upośledzonych. Dodam, że dwa poprzedzające mój esej teksty były o związkach osób tej samej płci - tu także nikt nie kwestionował faktu, że prawo nie powinno różnicować ludzi ze względu na orientację seksualną (bo takie były mniej więcej tezy esejów - aczkolwiek dotyczyły krajów gdzie są przynajmniej zalegalizowane związki partnerskie). Pamiętamy, że na zajęciach z prawa rodzinnego była osoba, której małżeństwa osób homoseksualnych się "nie podobają". Ale podczas wczorajszej otwartej dyskusji dotyczącej prawa NIKT nie wygłaszał swoich prywatnych poglądów. Co to dla mnie oznacza? Po raz pierwszy na studiach prawniczych byłam na zajęciach, gdzie nikt nie włączał moralności religijnej i swoich własnych wewnętrznych przekonań do dyskusji na tzw. problematyczne tematy. Cóż to za odmiana, to było na prawdę coś. Osobą która się najbardziej wywnętrzyła byłam chyba ja - z moimi feministycznymi deklaracjami (padło pytanie dlaczego właśnie ten temat:) A koleżanka ze Szkocji, która była moją oponentką powiedziała, że ona w ogóle nigdy się tym tematem nie interesowała, więc cieszy się, że mogła przeczytać mój esej.
Są wiec miejsca gdzie temat prawa do aborcji nie wzbudza emocji, są więc ludzie, którzy uznają je za prawo oczywiste i nie podlegające dyskusji (tak się składa, że w grupie były obecne osoby z krajów o liberalnym prawie aborcyjnym).

Zapraszam do lektury relacji z dyskusji zupełnie innego rodzaju (zapis debaty, która odbyła się w marcu na UW po projekcji "Podziemnego Państwa Kobiet" (reż. Claudia Snochowska-Gonzales, Anna Zdrojewska) WKRÓTCE na stronie http://prawoaplec.wpia.uw.edu.pl/
Nie wiem, co osoby z mojej grupy powiedziałyby po wysłuchaniu dzisiejszego posiedzenia Sejmu w sprawie in vitro...

gdy odwiedził mnie Bartek

Gdy odwiedził mnie Bartek byłam niestety ciągle w trakcie pisania eseju. Dlatego musiałam ukraść kilka (głównie porannych) godzin z naszego wspólnego czasu na kończenie pisania - nienawidzę tego. Od teraz motto brzmi: "Oczekujesz gościa/gości - skończ robotę na czas!!!".

Miło było pokazać komuś to (prawie) wszystko, o czym tu się rozpisuję. Sobota upłynęła pod znakiem "flea marktu" gdzie Bartek nakupował vinyli, choć miał też ochotę na kurteczkę od pana Turka - niestety - za droga. Potem zjedliśmy pyszne ciasto łososiowe w nacji, w której na szczęście nie wisiały portrety sędziwych panów. A potem mieliśmy iść na koncert (i potańcówkę) to klubu Grand, ale okazało się że bilet kosztuje 100koron, więc zrezygnowaliśmy. Ale wyglądało to na prawdę imponująco - w foyer klubu (budynek starego kina, pisała już o tym kiedyś:) - jazzowy bigband przygrywał do tańca i cała sala pląsała. Przy drzwiach było mnóstwo butów - tancerze i tancerki woleli je zostawić. Pani sprzedająca bilety zachęcała, żeby się pobujać tu, na korytarzu - ale nie zdecydowaliśmy się na to:) Postanowiliśmy sprawdzić PUB 19, w którym miała grać lokalna bluesowa grupa. Wstęp był wolny, ale najwyraźniej w Uppsali zasadą jest przychodzenie "na czas". Tzn. wejście od 19, koncert o 20.30 oznacza, że jak się przyjdzie o 21.20 to nie ma nawet za bardzo gdzie stanąć (bo się zasłania siedzącym przy stolikach). Nie mogliśmy więc zostać.
Za to koncertowe wrażenia zapewnił nam występ szwedzkiego zespołu Räfven, (mozna zerknąć -> http://www.rafven.se/eng/) który gra klezmerską i folkową muzykę rodem ze Wschodniej Europy, ale także i Szwecji. Wiedziałam, że takowy koncert będzie się odbywał w niedzielę o ... 14.00, że jest to w miejscu zwanym Kulturoasen, pomyślałam więc, że mógłby być to fajny muzyczny akcent na niedzielne popołudnie. Potem ja zostawiwszy Bartka "na mieście" udałabym się na moją ukochaną niedzielną jogę na 15.30. Jednak po sprawdzeniu na mapie gdzie znajduje się Kulturoasen dopadły mnie wątpliwości (konkretnie: miejsce o nazwie Hagaby było "poza" moją mapą, która obejmuje jednak sporą część Uppsali). Mieliśmy tylko jeden rower, drugiego nie było od kogo pożyczyć...Jednak Bartek stwierdził, że chętnie użyje stojącej w kącie, nie-wiadomo-czyjej - hulajnogi. I bardzo mnie namawiał, żeby jednak podjąć wyzwanie odnalezienia Hagaby. Na początku go wyśmiałam, no ale ostatecznie przy pomocy roweru i hulajnogi (co było na prawdę zabawne:) całkiem szybko dotarliśmy na wspaniałe, jesienne, nieco wiejskie, leśno-polne przedmieścia Uppsali. Tej słonecznej niedzieli została ukojona moja tęsknota za jesiennym lasem (moja mama przez ostatnie kilka tygodni zdawała mi relacje ze swoich niemal codziennych 4godzinnych wycieczek na grzybobranie...). No bo przecież jeszcze nigdy nie opuściłam polskiej jesieni, a konkretnie jesieni w moich górach świętokrzyskich. No ale właśnie w tym roku opuściłam, ominęła mnie całkowicie. Dlatego też ta wycieczka była niesamowita. Na dodatek zaobserwowaliśmy wzruszającą scenę, której głównym bohaterem był źrebak/czy też może była to mała klacz. Dwie panie wyruszyły na przejażdżkę konną z mijanej przez nas stadniny, zostawiając "w domu" małego konia w towarzystwie dużego. Mały koń był na prawdę wkurzony - to było po prostu widać! Wierzgał, prychał, podrzucał grzywę, odprowadzał wzrokiem konie, które truchtały po szosie. To było takie ludzkie - nie mogłam oderwać od niego wzroku. Po kilku minutach dotarliśmy do Kulturoasen, która była wypełniona po brzegi. Tego samego dnia odbywał się tam też (w podwórzu) ekologiczny targ. Ludzie jedli i pili - bo cała akcja, która ma miejsce co tydzień - nazywa się LUNCHMUSIK:) Stąd ta osobliwa pora. Gdy zespół zaczął grać ludzie porzucili jednak jedzenie i zaczęli na prawdę hulać. Jak sobie pomyślałam o wszystkich tych określeniach, jakimi się obdarza osoby ze Szwecji (zimni, zdystansowani, zamknięci), to na prawdę trudno było uwierzyć, że te roztańczone o 14 godzinie w niedzielę osoby są Szwedami i Szwedkami. Zatem było na prawdę miło. Próbka tego, co wyprawiali Räfven tamtego dnia -> http://www.youtube.com/watch?v=qdwPcMFl1SE, http://www.youtube.com/watch?v=Jp8k_bO75XY. Nas też porwało, choć zostaliśmy na swoich stojących miejscach blisko sceny (najbliżej mieliśmy rumianego gitarzystę) .
W poniedziałek Bartek odnalazł na naszej drodze dokładnie to czego szukał, a więc sklep z płytami. Spędziliśmy tak dość dużo czasu, ale opłacało się bo zakupił wartościowe okazy, za na prawdę dobre ceny, czatując przy okazji z panem sprzedawcą o koncercie zespołu Selecter z lat 80., na którym pan był. W sklepie dołączyła do nas moja koleżanka Valeria (która patrząc na okładkę płyty Davida Bowie "Low" powiedziała, że jestem do niego podobna:), po czym udaliśmy się na kawę do miłej kawiarni. No a potem polowanie na ciuchy w lokalnej sieci secondhandów o nazwie Myrorna. Byliśmy oczywiście OSTATNIMI klientami,którzy opuścili sklep bo Bartek zwykle długo szuka odzieży i długo przebywa w przebieralni.
No a wtorek był dniem Stockholmu. Podróż szybka (40min), ale długa na tyle, żeby się chwilowo zadumać i popatrzeć przez okno pociągu na jesienne krajobrazy. Pierwsze co musieliśmy zrobić do zostawić Bartka plecak u Katariny, u której mieliśmy spędzić noc (Bartek na drugi dzień już wylatywał). Katarina spadła nam z nieba, bo mimo że specjalnie na okazję pobytu w STKH zarejestrowałam się na CouchSurfingu, mimo że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby nie płacić za hostel - jeszcze do wtorku wieczorem mieliśmy zamiar wrócić jednak w nocy do Uppsali. No ale Thomas od Uppsala Pride znalazł nam Katarinę, mieszkającą "pretty close". Katarina spotkała się z nami przy metrze, wręczyła klucze, poinstruowała i poszła na spacer. Potem widzieliśmy ją jeszcze w nocy, jak wróciliśmy - to jedna z tych osób, co to od razu czuje się do nich sympatię i myśli, że ta osoba jest "swoja". Kolekcja filmów na VHS nad telewizorem w kuchni pokrywała się z moimi filmowymi zainteresowaniami, w łazience wisiał plakat instruktażowy "Punkt G i kobieca ejakulacja" . Przypomniały mi się majowe Dni Cipki, kiedy to książkę o tej tematyce promowałyśmy pewnego pięknego dnia w kawiarni Tel-Aviv podczas rozmowy z Furją. Katarina pracuje z upośledzonymi osobami, ale w tygodniu naszego noclegu pracy jeszcze nie zaczynała. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
Po zostawieniu bagaży udaliśmy się na miasto. Ach cóż to za miasto. Pierwsze wrażenia na prawdę wspaniałe. Woda, mosty, rowery. Stare miasto wcale nie aż tak bardzo turystyczne i przewodnikowe, potem Sodermalm z neonem STOMATOL, kawiarniami i sklepami. Mury obklejone plakatami reklamującymi koncerty (wtedy były to m.in. Scissor Sisters, Talib Kweli, The Divine Comedy). Zakątki przypominające komunistyczne europejskie miasta, ale i dużo tych ekskluzywnych. Byliśmy w Beyond Retro, poszperać w bajkowych strojach vintage, potem na wyśmienitej sycylijskiej pizzy, ale namierzyliśmy też hinduską restaurację z rozsądnymi cenami (o co jak wiadomo nie łatwo). Dodam, że obiad zasponsorowała Bartka mama Krystyna - Bartek wręczył mi urodzinowy prezent od niej w postaci 30 EURO:)
Potem herbata w knajpie, gdzie raczej herbaty się nie pije, ale antypatyczny, wytatuowany barman specjalnie dla nas przyrządził cytrynową herbatę w napełnionych tylko do połowy szklankach - druga połowa była przeznaczona na mleko. Tak sobie autorytarnie zadecydował. No a potem... koncert. Wszystko było po prostu perfekcyjne (poza cenami:) ale tak już tu niestety jest). Zimny jabłkowy cider i piwko pomogły nam w relaksie, miałam super miejsce siedzące na wysokim krześle (nie lubię stać na koncertach bo mnie to męczy), klub wypełniony, ale bez przesady. Gwiazda wieczoru - Of Montreal - dała doskonały show. Bartek zakupił płyty i gadżety (tu ceny były dla odmiany niskie).
Koncertowe baterie zostały naładowane, czas było powrócić do uniwersyteckiej Uppsali. Ale Sztokholm jest bardzo blisko i zaprasza - tak więc monitoruję nieustannie ceny biletów (niczym bilety lotnicze - te na pociąg do Sztokholmu bywają BARDZO tanie, i droższe) i szykuję się na kolejne odwiedziny.
Wróciłam do Uppsali, wywietrzyłam pokój i pojechałam na jogę. A jeszcze przez kilka następnych dni jadłam zakupione wspólnie z Bartkiem zapasy i ser Liliput, który został mi przywieziony z Warszawy. Nastała studencka rzeczywistość, obrony esejów, siedzenie w bibliotece Karin Boye. I internetowy kontakt z Warszawą, do której przyjadę dopiero w grudniu.


sobota, 16 października 2010

Prawo rodzinne

Zajęcia z prawa rodzinnego prowadziła dr Anna Singer, która urzekła mnie po pierwsze swoim podejściem do małżeństw homoseksualnych (będzie opisane niżej), faktem, że zrezygnowała z bycia prawniczką na rzecz nauczania, gdyż "zdzieranie" pieniędzy z ludzi będących w osobistych kłopotach było dla niej nie do zniesienia, oraz wyglądem a la Mireille Mathieu.

Już na samym wstępie zajęć padło stwierdzenie, że szwedzkie ale i generalnie - skandynawskie prawo rodzinne jest progresywne. W latach 60. socjaldemokraci wespół z liberałami zmienili kodeks rodzinny z 1920 roku, który zdążył się zdezaktualizować. Kobiety zaczęły pracować, rodzina stała się mniej stabilna w porównaniu do tej z minionych stuleci. Naczelna zasada, jaka przyświecała reformie to:
"Family law should be used in order to create equality between man and woman".
Progresywność szwedzkiego prawa przejawia się to m.in. w prawie małżeńskim, w którym przeszkody w zawarciu małżeństwa zredukowano do minimum, (małżeństwo nie może być zawarte tylko z bezpośrednimi potomkami i przodkami, oraz pomiędzy rodzeństwem - kuzynostwo i rodzeństwo adopcyjne może zawrzeć małżeństwo), w którym od 1995 roku istniała możliwość zawarcia związku partnerskiego między osobami tej samej płci, a od 2009 roku weszło w życie prawo o małżeństwach homoseksualnych. Progresywność może też być widoczna w istnieniu od 1973 roku prawa o kohabitacji, czyli związku osób, które żyją razem jako para, na stałe (przy czym nie chodzi tu o relację na całe życie, ale o relację długoterminową), mają wspólne gospodarstwo domowe i prowadzą wspólne życie seksualne. Instytucja kohabitacji różni się od małżeństwa między innymi tym, że osoby nie mają obowiązku wzajemnego wsparcia finansowego, nie mają prawa do dziedziczenia po sobie, oraz nie mogą razem adoptować dziecka.

Statystyki wskazują, że w latach 1995-2003 zmniejszyła się w Szwecji liczba małżeństw, za to zwiększyła liczba par kohabitujących. W 2008 tylko 53% dzieci urodziło się w małżeństwie. Jak podała dr Anna Singer popularnym motywem zakładania rodziny jest życie w wolnych związkach i zawieranie małżeństwa, kiedy urodzi się (pierwsze) dziecko - zwykle gdy kobieta ma 30-32 lata.

Anna Singer była doradczynią w parlamentarnej grupie, zajmującej się kwestią wprowadzenia prawa o małżeństwie osób tej samej płci (jak wspomniałam - prawo zostało uchwalone w 2009 roku). Swoje opinie i wnioski zawarła w tekście, który dostaliśmy na zajęciach. Jej zadaniem było rozważanie wszystkich za i przeciw dotyczących małżeństw homoseksualnych, a konkretnie - miała ona odpowiedzieć na pytanie, czy małżeństwo powinno być zarezerwowane tylko dla kobiety i mężczyzny. Miała też zająć pozycję w kwestii formy, w jakiej osoby tej samej płci miałyby wkraczać w związek małżeński (droga cywilną, czy także podczas ceremonii religijnej?).
Dr Singer w swojej opinii napisała kilka rzeczy, które uznaję za bardzo trafnie ujęte.
Argumentowała ona, że mimo, iż w Szwecji możliwe było od 1995 zawarcie związku partnerskiego przez osoby mające tą samą płeć, a efekty prawne miedzy partnerstwem a małżeństwem nie są aż tak drastycznie różne, małżeństwo jest istotne gdyż ma wielką wartość symboliczną.
Jest ono automatycznie kojarzone z relacją na całe życie, opartą na miłości i wzajemnych zobowiązaniach. Dlatego autorka nie widzi żadnych powodów, aby ze względu na płeć pozbawiać ludzi prawa do wejścia w taki związek.
Przyznała, że małżeństwo jest głęboko zakorzenione w świadomości społecznej zarówno w Szwecji jak i innych krajach - jako związek kobiety i mężczyzny. Jednak - jak twierdzi - percepcja konkretnego społecznego zjawiska, nawet mającego tak długą tradycję, jak małżeństwo, nie może trwać wiecznie. Postęp wspiera nowe wartości i obecnie widać, jak społeczne podejście do homoseksualizmu się zmienia i jak wiele robi się, aby przezwyciężyć skierowaną wobec osób homoseksualnych dyskryminację i nierówne traktowanie. Zostało to literalnie wyrażone w szwedzkiej konstytucji ("society should counteract discrimination on the basis of - among other things - sexual orientation"). Co prawda brak prawa dla osób homoseksualnych do wstąpienia w związek małżeński nie jest dyskryminacją w rozumieniu szwedzkiej konstytucji, a nawet w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, tym niemniej jest to przejawem mniej przychylnego traktowania.
Jak wskazuje autorka sprzeciw wobec nowego prawa był wyrażany przez przedstawicieli szwedzkiego kościoła i innych społeczności religijnych. Podnoszone były też kwestie związane z samym określeniem "małżeństwo" - oponenci uznali je za zarezerwowane tylko dla par heteroseksualnych. Anna Singer jednak uznaje, że "wynalezienie" nowego określenia dla związku osób tej samej płci jest zupełnie zbędne.
Autorka opisuje też, że podczas dyskusji padło stwierdzenie, że małżeństwo jest instytucją, której celem jest wydawanie na świat i wychowywanie potomków, dlatego też kwestią problematyczną jest fakt, że pary homoseksualne nie mają biologicznej możliwości rozmnażania się.
Dr Singer jednak zaprzecza, jakoby jedynym celem osób wstępujących w związek małżeński było płodzenie dzieci; nie jest to też prawnym wymogiem. Dlatego argument ten zupełnie do niej nie przemawia. Przywołuje też orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, w którym zostaje stwierdzone, że możliwość posiadanie wspólnych dzieci nie jest warunkiem koniecznym do zawarcia małżeństwa.
W kwestii dzieci osób będących w związkach jednopłciowych autorka stwierdza, że najważniejszą sprawą jest bezpieczeństwo i miłość. Dlaczego więc miałaby mieć tu znaczenie płeć rodziców? Poza tym - jeśli przysłuchać się debacie na temat tego, jak istotne jest dla dziecka, aby wychowywało się w małżeństwie - okazuje się, że brak możliwości zawarcia małżeństwa przez pary osób tej samej płci sprawia, że dzieci w takiej rodzinie są inaczej traktowane, niż dzieci rodziców o różnej płci (Podoba mi się założenie, że takie rodziny po prostu istnieją. W naszym kraju mało kto chce uwierzyć w istnienie "tęczowych" rodzin tylko dlatego, że prawo ich "nie rozpoznaje").

Bez nadmiernych zawiłości i skomplikowanej argumentacji - a jaki efekt!
Sprzeciw wobec tego, co pisze Anna Singer może być jedynie wsparty argumentem że tradycja, że wbrew naturze. A to już ideologia, nie potrzeba społeczna, na którą prawo powinno reagować i odpowiadać adekwatnymi regulacjami. W Szwecji się w końcu udało.

Dużą część zajęć z prawa rodzinnego zajęły rozważania na temat podziału majątku przy rozwodzie, ale kwestia same-sex marriages też została poruszona. O wypowiedź na temat rodzimego prawa została poproszona... oczywiście, osoba z Polski. Nie omieszkałam dodać paru słów na temat treści naszych podręczników do prawa rodzinnego - niektórzy byli bardzo oburzeni. Ale inni - niekoniecznie. Z faktu, że w Belgii są zalegalizowane małżeństwa homoseksualne okazał się być niezadowolony wspomniany poprzednio kolega - "obrońca życia nienarodzonego". Wyraził to równie lapidarnie - na stwierdzenie prowadzącej, że w Belgii jest takie a takie prawo, nie za głośno, ale zawsze, odparł: "Unfortunately".




Esej, Karin Boye i judicial review

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem pisania zaliczeniowego eseju i oczekiwania na odwiedziny Bartka.
Nad esejem pracowałam częściowo w bibliotece prawnej, co oznaczało spotykanie znajomych osób z grupy i wymienianie refleksji na temat pisanych tekstów. Tym razem było to dla mnie dość irytujące i co gorsza - nerwowe doświadczenie. Przyczyną był temat eseju - aborcja (w prawie Szwedzkim i Polskim). Zdołałam się przekonać, że w mojej studenckiej grupie jest kilka osób, które uznają aborcję za morderstwo (z tego co wiem, są one z katolickiego uniwersytetu w Belgii).
Jedna z nich, po uprzednim pytaniu do mnie skierowanym - "Czy Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje prawo do aborcji jako prawo człowieka?" i mojej odpowiedzi "(jeszcze) nie, ale w momencie gdy istnieje prawo do aborcji (w Polsce 3 przypadki), a nie jest ono możliwe do wyegzekwowania (w Polsce to niestety bardzo częste sytuacje) wówczas mamy do czynienia z naruszeniem prawa podmiotowego, i Alicja Tysiąc wygrała bo nie mogła się odwołać..." - nie zdążyłam dokończyć, bo kolega wyraził swoje poglądy w lapidarnym sformułowaniu: "License to kill". Nie wiem, czy do końca zrozumiał o co mi chodziło, a może po prostu jest przeciwny prawu do aborcji nawet w przypadku zagrożenia życia kobiety? Nie miałam siły mu tego tłumaczyć. Dlaczego??? Bo jak słyszę takie teksty to ręce mi opadają. Nie jest to zbyt dobra postawa, szczególnie na wydziale prawa. Muszę się uzbroić w cierpliwość, zrozumienie i zapas argumentów... Szczególnie na następny czwartek, kiedy to bronię mojego eseju przed Szkotką Jennifer. Jennifer zdaje się być zainteresowana tematem, wysłała mi miłego maila i jestem prawie pewna, że nie jest "obrończynią życia nienarodzonego". Sęk w tym, że obrona odbywa się w grupie roboczej, do której należy także kolega, którego wspomniałam wyżej i każdy jest zaproszony do dyskusji (tzn. nie tylko osoba broniąca się i oponent).
Zobaczymy, co się wydarzy.

Tak więc pracować wolałam i wolę w pobliskiej bibliotece na wydziale humanistycznym. Bibliotece tej matronuje Karin Boye - szwedzka pisarka i poetka. W latach 20. XX wieku studiowała na uniwersytecie w Uppsali. Żyła w związku małżeńskim z mężczyzną, jednak po kilku latach związała się z Margot Hanel, którą nazywała swoją żoną. W 1941 roku Karin popełniła samobójstwo, wkrótce zrobiła to też Margot.
W Karin Boye Bibliotek jest wielka półka z literaturą dotyczącą gender, bardzo miła obsługa (pani osobiście zaprowadziła mnie do półki z książką, której szukałam, po tym jak powiedziałam, że jestem tu po raz pierwszy), i mnóstwo osobnych stolików rozlokowanych w różnych kątach i zakamarkach. Można tam na prawdę osiągnąć pożądany stopień skupienia:)

Wczoraj odbyła się pierwsza tura obrony esejów - ja byłam oponentką Karoliny (Polki, która przyjechała z uniwersytetu w Reading). Karolina pisała na temat Judicial Review w Szwecji i Anglii. Dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że forsowała w eseju tezę, jakoby Szwecja miałaby niechętnie podchodzić do tego typu drogi sprawdzania konstytucyjności przepisów. W szwedzkiej konstytucji jest przepis mówiący o tym, że sąd lub urząd administracji może odmówić stosowania przepisu który jest sprzeczny z konstytucją, lub który został uchwalony z pogwłaceniem procedury. Jeżeli jednak przepis został uchwalony przez Riksdag (primary legislation) lub rząd - wtedy błąd musi być ewidentny ("manifest error"). Karolina uznała, że drobiazgowy sposób stanowienia prawa w Szwecji (dość skomplikowana, długotrwała procedura legislacyjna) sprawia, że rzadko kiedy prawo zawiera istotny błąd. Po drugie - jak pisała - aby wyeliminować konieczność zastosowania judicial review sędziowie zwykle używają takich reguł interpretacyjnych, że nawet jeśli przepis jest "podejrzany", uznają ostatecznie, że nie stoi z sprzeczności z żadnym nadrzędnym aktem prawnym. Judicial review jest bowiem w Szwecji tradycyjnie uznawany jako zamach na demokrację - dlaczego sędziowie mieliby kwestionować prawo uchwalone przez demokratycznie wybrane ciało legislacyjne?
Autorka eseju uznała to za zagrożenie dla praw jednostki.
Esej ten zainspirował mnie do rozważań na temat polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Sąd ten zdaje się robić dokładnie to, o czym pisała Karolina - a więc używać argumentów w sposób prowadzący do orzeczenia, które jest dla Trybunału jedynie właściwe i wygodne. Przykłady przemawiające do mnie najbardziej to sławne orzeczenie uznające aborcję ze względów społecznych za niekonstytucyjną, zaś wliczanie oceny z religii (katolickiej) do średniej ocen za konstytucyjne.
Dlatego idea niechęci do sprawdzania konstytucyjności prawa mnie na prawdę urzekła.

piątek, 1 października 2010

engagera dig!

Jak wspominałam w poprzednich postach w listopadzie odbędzie się tu spora impreza queerowo-feministyczno-anarchistyczna.
Aby zgłosić się do wolontariatu przy festiwalu udałam się w niedzielę do centrum kulturalnego Grand (przedzierając się przez blokady na ulicy Trädgårdsgatan, na której kręcono amerykańską wersję Millenium Larssona. Tak tak, w Uppsali:). Ku mojemu zaskoczeniu (oraz zaskoczeniu Thomasa, który jest koordynatorem wolontariuszy), mimo że na fecebooku "zaatendingowało" się około 25 osób, w Grand pojawiłam się ja i chłopak z Finlandii (nie pamiętam jak ma na imię...).
Tym niemniej było bardzo miło, uraczono nas herbatą i ciastkami, Thomas omówił krótko kwestie organizacyjne (do 8 października można zgłaszać inicjatywy więc program jest jeszcze niekompletny), my opowiedzieliśmy o sobie i...czekamy na kolejne informacje. Przypuszczamy, że na następnym spotkaniu zjawi się więcej osób.
Wiadomo na pewno, że tegoroczna Uppsala Pride (jest to trzecia edycja) będzie poświęcona głównie anty-rasizmowi.
Niektórzy ludzie w Szwecji są na prawdę, na prawdę zaniepokojeni wynikami wyborów.

Sam klub Grand jest miejscem ciekawym http://www.grand.uppsala.se/
Będzie to jeden z festiwalowych obiektów. Mieści się w budynku dawnego kina, wybudowanym w 1936 roku (w połowie lat 90. budynek musiał przejść renowację bo ucierpiał podczas pożaru) i jest wielokulturową przestrzenią otwartą dla wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży, także tej niepełnosprawnej, dla której organizowane są specjalne zajęcia. W klubie działa kawiarnia, odbywają się koncerty.


Poniżej oficjalny plakat tegorocznej Uppsala Pride! Zapraszamy!

Heterofriendly plus co ile kosztuje?

Spotkanie z SFQ Uppsala grupą było niezwykle miłe.
Około 19, kiedy nad Uppsalą powoli zapadał zmrok, skierowałam swoje kroki do siedziby Kalmar Nation bo własnie tam, na górnym piętrze, w sali ze stołem zastawionym słodkimi przekąskami i drugim - z ulotkami, pismem "Wannabe" (http://hbtqstudenterna.se/wannabe --> w numerze 16 są tez teksty po angielsku)) i deklaracjami członkowskimi, czekały przedstawicielki i przedstawiciel zarządu organizacji. Przedstawiciel na samym początku wyznał, że jest szczęśliwym małżonkiem swojego partnera i że aktualnie jako osoba transseksualna jest w trakcie procesu transformacji "woman to man" (czeka go operacja). W pewnym momencie któraś z zebranych osób zapytała, czy do organizacji mogą należeć też osoby "straight", na co oczywiście padła odpowiedź twierdząca. Tak tak, oto spotkanie, na którym osoba niehomoseksualna czuje się jak "inna" (sądząc po pytaniu które padło), ale zdaje się, że szybko uczucie to mija, bo SFQ Uppsala jest otwarta dla wszystkich. Jedyny warunek, który trzeba spełnić, to bycie osobą studiującą (ale przewodnicząca zapewniła, że niektóre eventy i spotkania będą organizowane poza nacjami - żeby można było przyprowadzić swoich niestudiujących znajomych - dla mnie idealnie!). Przyszły osoby w różnym wieku, w zarządzie najstarsza jest przewodnicząca Stefanie (26 lat), ale był też 39 letni Willy.
Po krótkim wprowadzeniu w tematykę działalności grupy (w skrócie: grupa w Uppsali jest lokalną gałęzią ogólnokrajowej organizacji, która dzieli się na podgrupy takie jak m.in. trans oraz grupa poliamorystów), która jest otwarta na współpracę z innymi organizacjami, a przede wszystkim na inicjatywy osób do grupy należących, podzieliliśmy się na dwa obozy w celu przeprowadzenia zapoznawczych zabaw. Aż w końcu nadszedł czas na zejście do mieszczącego się w piwnicy Kalmar pubu - było tam jednak wyjątkowo tłoczno, dlatego Stefanie poprosiła barmana o to, żebyśmy mogli zakupić cidery, piwa i wina i powrócić na górę. Barman był bardzo zdziwiony i nie mógł się zdecydować, czy zgodzić się na tak wywrotowy pomysł ("W Szwecji temat zakupu alkoholu jest zawsze problematyczny i musiał mieć chwilę na rozważenie za i przeciw" - powiedziała mi Stefanie) , ale w końcu się udało i tak oto wieczór mijał na rozmowach i popijaniu w miłym gronie.
Był Erik z pomalowanymi na perłowo-zielony kolor paznokciami, Shane z Karaibów, który zdradził, że wreszcie po raz pierwszy od przyjazdu do Uppsali czuje się jak u siebie, bo "jak z kimś rozmawiasz na uczelni, to nie wiadomo, czy możesz całkowicie swobodnie o sobie mówić, czy nie". Na wyspie z której pochodzi Shane bycie gejem musi być utrzymywane w tajemnicy.
Z kolei Kimberly która przyleciała do Szwecji z Montany planuje tu zostać, bo w USA, a szczególnie w Montanie jest "konserwatywnie nie do wytrzymania". Tu chciała sprawdzić, jak się żyje w kraju gdzie równość płci jest na prawdę zaawansowana. Rozmawialiśmy też o polowaniach na zwierzęta - byłam na prawdę zaskoczona jak inne jest podejście w takim miejscu jak północny zachód USA do tej barbarzyńskiej według mnie aktywności. Tam ludzie są permanentnie nawiedzani w swoich posesjach przez niedźwiedzie grizzly i w ten właśnie sposób się bronią. Jednak nieco inna to jakość niż zorganizowany i celebrowany wypad do puszczy w celu uczestnictwa w spotkaniu towarzyskim przy okazji strzelania do saren, dzików i zająców, które nierzadko z przestrzelonymi płucami, czy innymi organami wewnętrznymi, ostatnimi siłami uciekają przed goniącymi je psami i myśliwymi.

Poniżej w galerii załączam plakat reklamujący nadchodzącą imprezę w klubie queer "Wilde!". Chciałabym się na nią przejść, ale muszę policzyć czy nie nadwyręży to zanadto mojego budżetu - w przyszłym tygodniu goszczę pierwszego przybysza z Warszawy i czeka mnie dużo wydatków (m.in Sztokholm).
Poza tym kupiłam rower - niedrogo, bo niewielki (znajomi kupili rowery za 700-1000 SEK), ale jednak zawsze to 450 koron.

Dla porównania:
piwo w pubie nacji - 30-40 SEK
posiłek wegański - 45-60SEK
kieliszek wina - 28 SEK
cider - 30-40 SEK
tygodniowe wydatki na jedzenie (jeśli się gotuje w domu, nie je mięsa i nie jest się osobą przywiązaną produktów mlecznych, bo to jest tu dość drogie) -można się zmieścić w 250 - 300SEK
wstęp na imprezy: to zależy, ale od 40-80 SEK, często wstęp jest wolny, albo płatny, jednak przed 21.00 można wejść bez opłat.
mała kawa na mieście w kawiarni Fair Trade - 30SEK
w pozostałych, w tym sieciówki - 20-30, 40SEK w zależności od rodzaju i wielkości
oferta studencka - kawa plus kanapka - 50SEK
miesięczny open-karnet dla studentów na zajęcia sportowe (power joga, aerobiki i inne zajęcia grupowe, gra w badmintona, koszykówkę, siatkówkę) - 450SEK
towary w sklepach second-hand: (jest w czym wybierać!!!!) swetry 60-100SEK, buty 50-250, gustowny, emaliowany garnek - 30 SEK, t-shirt - 25-60SEK, spodnie od 80 SEK, książki (tez angielskie) od 5SEK, szklanki, kubki, oryginalne kieliszki do wina - od 5-10SEK,
bilet na autobus (90minutowy) - 30SEK (nie korzystam)
kanapka kupiona w supermarkecie - 30SEK
cynamonowa bułka - 8 SEK (w kawiarni 15SEK)
artykuły papiernicze - zeszyt - od 12SEK, marker, cienkopis - od 15SEK, teczki, segregatory - od 25 SEK, podręczniki ... no comment. Po zniżce studenckiej podręcznik "Swedish Legal System" najnowsze wydanie kosztował mnie 429SEK. Mam nadzieję, że przyszłe kursy nie będą aż tak wymagały zakupu podręcznika...



Dobrze, że popularną opcją jest tu zabieranie lunchowego jedzenie z domu, termosy pełne kawy czy herbaty - w prawniczej bibliotece można podczas pracy jeść i pić, co na prawdę umila godziny spędzone na studiowaniu:)


Także Uppsala kosztuje.

Na chwilę obecną dostrzegam pozytywny aspekt regulowanej sprzedaży alkoholu - zakup wina (bo wino lubię najbardziej) jest dość skomplikowany: nie dość, że trzeba się przejść do sklepu Systembolaget (jest ich kilka w dość odległych od osiedli mieszkaniowych rewirach), to ceny nie są najniższe (no i - jak twierdzą przebywający tu Francuzi - wina są tu "złe"). Po takim treningu moja tolerancja na alkohol bardzo się zmniejszyła, dlatego bywa, że jeden spory kieliszek w pubie wystarczająco potrafi umilić wieczór.


piątek, 24 września 2010

Sveriges Förenade HBTQ-studenter Uppsala

Czyli The Swedish Federation of LGBTQ Students Uppsala, którego stałam się członkinią. Należało podać imię i nazwisko, datę urodzenia, płeć (female/other/male) oraz email.
Spotkanie inaugurujące działalność w nowym roku akademickim w przyszły wtorek.

Blog informacyjny jest prowadzony po angielsku - to miło, jak widać grupa jest otwarta na osoby spoza Szwecji. Czym się zajmują? W skrócie (podaję adres dla zainteresowanych http://sfquppsala.wordpress.com/): jest to organizacja studentów kwestionujących heteronormę. Organizują spotkania, dyskusje, debaty. Z tego co zdążyłam zauważyć, jest to taka "ponadnacja" - spotkania są organizowane w Kalmar, V-Dala i innych pubach/klubach.
I to z ich strony dowiedziałam się o zapowiadającym się w dniach 4-7 listopada festiwalu!

także szykują się nie lada atrakcje!


Tort Law by Mårten Schultz

Dziś odzyskałam wiarę w to, że ekscentrycznie wystylizowani wykładowcy (patrz - zeszłotygodniowa trauma po zajęciach z rzucającym markerami profesorem) mogą być osobami błyskotliwymi, przezabawnymi i doskonale tłumaczącymi główne koncepcje szwedzkiego prawa.

Dzisiejsze zajęcia z panem o nazwisku Mårten Schultz były ogromną, ogromna przyjemnością. Opowiadał o szwedzkich deliktach (tort law), a wykład był serią absurdalnych kazusów (choć dobrze pokazujących mechanizm działania prawa) podawanych z wdziękiem i zadziwiającą szybkością (ponoć po szwedzku mówi jeszcze szybciej). I tu dało się zauważyć kilka ciekawych różnic w porównaniu z polskim prawem zobowiązań z tytułu czynów niedozwolnoych. Okazuje się, że sprawy o odszkodowanie rzadko kiedy trafiają do sądów, bo Szwecja (zainspirowana Nową Zelandią) poza generalnym The Tort Liability Act (1974) wprowadziła także bardziej szczegółowe "programy kompensacyjne" : program dotyczący wypadków drogowych, wypadków w miejscu pracy, podczas hospitalizacji, w wyniku zażycia farmaceutyków, które opłacane są w większości przez rząd. Generalna zasada szwedzkiego systemu brzmi: szkody na osobie powinny być zawsze kompensowane (w akcie nie ma nawet wzmianki o związku przyczynowym).

Poza tym - co mnie dość uderzyło - szwedzkie prawo nie wyłącza odpowiedzialności dzieci za szkodę. W praktyce nie ponoszą one kosztów - bo działają ubezpieczenia, ale prowadzący zajęcia krytykuje taką konstrukcję, i to nie tylko dlatego, że sprawiał wrażenie rozkochanego w swoich pociechach ojca (o małych dzieciach wspominał kilka razy w swoich dygresjach). Podał pewnien przykład: zdarzenie miało miejsce w zeszłym roku. 6-letni chłopiec spowodował pożar posesji. Odszkodowanie zostało opłacone przez ubezpieczyciela, jednak ubezpieczyciel postanowił... pozwać chłopca. Jak się okazało, było to dziecko imigrantów. Na wezwanie do sądu nikt nie odpowiedział, wydawało się, że ludzie w ogóle nie mieli pojęcia, co się wydarzyło. Nie było mowy o żadnej pomocy prawnej - rodzice dziecka po prostu nic w tej kwestii nie zrobili, najprawdopodobniej z powodu braku rozeznania w systemie prawnym państwa, do którego się sprowadzili. Rezultat był taki, że chłopiec został obarczony obowiązkiem zapłaty 3 milionów koron odszkodowania. Dość absurdalna sytuacja, bo - jak twierdził wykładowca - wystarczyło tylko, aby rodzice dziecka przyszli do sądu i powiedzieli, że syn płacić nie będzie. Wydaje się, że szwedzkie prawo w tym punkcie stoi w sprzeczności z konwencją o ochronie praw dziecka...

Podczas wykładu Mårten Schultz zdziwiony tym, jak jego pismo niekorzystnie prezentuje się na tablicy zdradził nam, że 20 lat temu był artystą graffiti i tagował sztokholmskie metro tagiem "Rebel" (zademonstrował ten tag na tablicy). Jakkolwiek jego słownictwo było dość wyszukane, wielokrotnie pozwalał sobie na mniej oficjalne sformułowania. Przyklasnął odpowiedzi jednego ze studentów, że najbardziej popularną formą "property damage" jest "eee broken staff?", mówiąc, że to brzmi bardzo prawniczo. Ale chyba najbardziej porywającą opowieścią było to, jak szwedzki Sąd Najwyższy powołał się w swoim wyroku na jego naukowy artykuł i tym samym... pomógł dilerowi heroiny uzyskać odszkodowanie za skradzione mu pieniądze (nie trudno się domyślić ze sprzedaży czego pieniądze pochodziły). Jest to ponoć historyjka uwielbiana przez kilkuletnią córkę profesora (chyba coś w stylu bajki na dobranoc), która zawsze powtarza "Tato, jak mogłeś coś takiego zrobić?". Cóż jednak począć, skoro Sąd Najwyższy stwierdził (powołując się na artykuł Schultza), że w szwedzkim prawie deliktowym nie ma czegoś takiego, jak zakaz ochrony interesu kryminalisty, zatem należy ogólnego przepisu który mówi, że za szkodę na majątku powinna być wypłacone odszkodowanie.

PS. Po wrzuceniu nazwiska profesora do internetu okazuje się, że jest to dość medialna postać. Występuje na okładkach czasopism, pisze komentarze głośnych spraw do popularnych pism, no i jest autorem prawniczego bloga :)

http://martenschultz.wordpress.com/



Tamburyn

Wyniki szwedzkich wyborów znane: socjaldemokraci po raz drugi w historii przegrali, szwedzcy nacjonaliści po raz pierwszy weszli do parlamentu (Szwedzi są przekonani, że to na prawdę historyczne wybory - m.in. Lena Holmqvist od powyborczej pogadanki rozpoczęła zajęcia z prawa karnego). Filip, współlokator z mojego akademikowego "korytarza", Szwed studiujący estetykę, twierdzi jednak, że ci nacjonaliści - choć mają poparcie - to tak na prawdę...go nie mają. Chodziło mu o to, że Szwedzi jednak czują niechęć do rasistowskich i ksenofobicznych postaw. Jak to scharakteryzował artykuł w Guardianie: "Choć postacie nazistów są popularnym motywem szwedzkiej popkultury, w gruncie rzeczy niewielu z nich istnieje na prawdę". Niedługo po ogłoszeniu wyników niedzielnej elekcji w Sztokholmie i Geteborgu odbyły się spontaniczne (organizacja: facebook), pokojowe manifestacje, podczas których ludzie wymachiwali transparentami: "94% Szwedów nie jest rasistami".
W mediach pojawiły się też informacje o tym, że liderka socjaldemokratów Mona Sahlin namawiała swoich kolegów i koleżanki na zmiany w organizacji parlamentarnych komisji - pomniejszenie ich liczby z 17 na 15 sprawiłoby, że Szwedzcy Demokraci nie mieliby swojej komisji. Jednak Zieloni i Lewica się temu sprzeciwili, uznając pomysł za niedemokratyczną próbę pozbawienia wybranej przecież przez społeczeństwo partii możliwości wykonywania parlamentarnych prac w zasadniczej dla nich formie, jaką jest praca w komisjach.

Imigrantów w Uppsali jest sporo. Widuję rodziny stojące w kolejkach do supermarketowych kas, mamy z dziećmi na spacerach. Osoby ciemnoskóre, skośnookie, mówiące płynnie po szwedzku (nie wiem, jak ocenić ich akcent), lub mówiące w swoich narodowych językach. Sklepowe półki są pełne egzotycznych produktów, w mieście jest też kilka tureckich i hinduskich sklepów i restauracji. SD wyprodukowali przedwyborczą reklamę, którą w skrócie można opisać tak: do źródła państwowych pieniędzy z jednej strony podchodzi pchająca wózek z dzieckiem kobieta z zasłoniętą twarzą, z drugiej starsza pani pchająca chodzik. Pytanie - "Komu powinno przysługiwać więcej benefitów? Wybierz w nadchodzących wyborach!".
Reklama została zdelegalizowana przez telewizyjne stacje. Jednak coś te kilka procent Szwedów zdołało przekonać do oddania głosów na Szwecję dla Szwedów.

Nie wiem jakie życiowe okoliczności sprawiły, że pewna kobieta siedzi na głównym deptaku Uppsali i wygrywa jednostajny rytm na tamburynie. Przechodzę tamtędy nieregularnie, ale w ciągu ostatnich dwóch tygodniu kilka razy była to moja droga do prawniczej biblioteki. Za każdym razem dźwięk instrumentu rozbrzmiewał na tej handlowej ulicy. Zastanawiam się jak to się stało, że ona musi żebrać, przecież powinna mieć zasiłki. Może chce ze swoim graniem (które trudno nazwać wirtuozerią) po prostu wyjść do ludzi? Może wydaje jej się, że ładnie gra?
Widok jej siedzącej z tym tamburynem jest na prawdę przejmujący.