Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem pisania zaliczeniowego eseju i oczekiwania na odwiedziny Bartka.
Nad esejem pracowałam częściowo w bibliotece prawnej, co oznaczało spotykanie znajomych osób z grupy i wymienianie refleksji na temat pisanych tekstów. Tym razem było to dla mnie dość irytujące i co gorsza - nerwowe doświadczenie. Przyczyną był temat eseju - aborcja (w prawie Szwedzkim i Polskim). Zdołałam się przekonać, że w mojej studenckiej grupie jest kilka osób, które uznają aborcję za morderstwo (z tego co wiem, są one z katolickiego uniwersytetu w Belgii).
Jedna z nich, po uprzednim pytaniu do mnie skierowanym - "Czy Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje prawo do aborcji jako prawo człowieka?" i mojej odpowiedzi "(jeszcze) nie, ale w momencie gdy istnieje prawo do aborcji (w Polsce 3 przypadki), a nie jest ono możliwe do wyegzekwowania (w Polsce to niestety bardzo częste sytuacje) wówczas mamy do czynienia z naruszeniem prawa podmiotowego, i Alicja Tysiąc wygrała bo nie mogła się odwołać..." - nie zdążyłam dokończyć, bo kolega wyraził swoje poglądy w lapidarnym sformułowaniu: "License to kill". Nie wiem, czy do końca zrozumiał o co mi chodziło, a może po prostu jest przeciwny prawu do aborcji nawet w przypadku zagrożenia życia kobiety? Nie miałam siły mu tego tłumaczyć. Dlaczego??? Bo jak słyszę takie teksty to ręce mi opadają. Nie jest to zbyt dobra postawa, szczególnie na wydziale prawa. Muszę się uzbroić w cierpliwość, zrozumienie i zapas argumentów... Szczególnie na następny czwartek, kiedy to bronię mojego eseju przed Szkotką Jennifer. Jennifer zdaje się być zainteresowana tematem, wysłała mi miłego maila i jestem prawie pewna, że nie jest "obrończynią życia nienarodzonego". Sęk w tym, że obrona odbywa się w grupie roboczej, do której należy także kolega, którego wspomniałam wyżej i każdy jest zaproszony do dyskusji (tzn. nie tylko osoba broniąca się i oponent).
Zobaczymy, co się wydarzy.
Tak więc pracować wolałam i wolę w pobliskiej bibliotece na wydziale humanistycznym. Bibliotece tej matronuje Karin Boye - szwedzka pisarka i poetka. W latach 20. XX wieku studiowała na uniwersytecie w Uppsali. Żyła w związku małżeńskim z mężczyzną, jednak po kilku latach związała się z Margot Hanel, którą nazywała swoją żoną. W 1941 roku Karin popełniła samobójstwo, wkrótce zrobiła to też Margot.
W Karin Boye Bibliotek jest wielka półka z literaturą dotyczącą gender, bardzo miła obsługa (pani osobiście zaprowadziła mnie do półki z książką, której szukałam, po tym jak powiedziałam, że jestem tu po raz pierwszy), i mnóstwo osobnych stolików rozlokowanych w różnych kątach i zakamarkach. Można tam na prawdę osiągnąć pożądany stopień skupienia:)
Wczoraj odbyła się pierwsza tura obrony esejów - ja byłam oponentką Karoliny (Polki, która przyjechała z uniwersytetu w Reading). Karolina pisała na temat Judicial Review w Szwecji i Anglii. Dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że forsowała w eseju tezę, jakoby Szwecja miałaby niechętnie podchodzić do tego typu drogi sprawdzania konstytucyjności przepisów. W szwedzkiej konstytucji jest przepis mówiący o tym, że sąd lub urząd administracji może odmówić stosowania przepisu który jest sprzeczny z konstytucją, lub który został uchwalony z pogwłaceniem procedury. Jeżeli jednak przepis został uchwalony przez Riksdag (primary legislation) lub rząd - wtedy błąd musi być ewidentny ("manifest error"). Karolina uznała, że drobiazgowy sposób stanowienia prawa w Szwecji (dość skomplikowana, długotrwała procedura legislacyjna) sprawia, że rzadko kiedy prawo zawiera istotny błąd. Po drugie - jak pisała - aby wyeliminować konieczność zastosowania judicial review sędziowie zwykle używają takich reguł interpretacyjnych, że nawet jeśli przepis jest "podejrzany", uznają ostatecznie, że nie stoi z sprzeczności z żadnym nadrzędnym aktem prawnym. Judicial review jest bowiem w Szwecji tradycyjnie uznawany jako zamach na demokrację - dlaczego sędziowie mieliby kwestionować prawo uchwalone przez demokratycznie wybrane ciało legislacyjne?
Autorka eseju uznała to za zagrożenie dla praw jednostki.
Esej ten zainspirował mnie do rozważań na temat polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Sąd ten zdaje się robić dokładnie to, o czym pisała Karolina - a więc używać argumentów w sposób prowadzący do orzeczenia, które jest dla Trybunału jedynie właściwe i wygodne. Przykłady przemawiające do mnie najbardziej to sławne orzeczenie uznające aborcję ze względów społecznych za niekonstytucyjną, zaś wliczanie oceny z religii (katolickiej) do średniej ocen za konstytucyjne.
Dlatego idea niechęci do sprawdzania konstytucyjności prawa mnie na prawdę urzekła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz