piątek, 22 października 2010

dyskusja o pawie do aborcji

się nie odbyła...
Nadal jestem w ciężkim szoku, ale na wczorajszej obronie mojego eseju dotyczącego prawa do aborcji NIC się nie wydarzyło. A może aż tyle się wydarzyło. Obawy, że ze swoim poparciem dla prawa do aborcji i krytyką supremacji religijnych poglądów w dyskusji o prawie zostanę wywołana do tablicy przynajmniej przez dwóch kolegów z katolickiego uniwersytetu z Belgii okazały się paranoją przez duże P. Mój esej i wszystkie deklaracje i poglądy jakie wygłosiłam nie wzbudziły większego zdziwienia. No może parę osób się poważnie zadumało i zmartwiło tym, co to się w Polsce wyprawia, że ten kościół, że brak możliwości wyegzekwowania prawa do aborcji, ostatnie groźby biskupa dotyczące in vitro (wspomniałam), ale żeby mówić w kategoriach "życia nienarodzonego", "morderstwa", "prawa do życia dziecka poczętego", "złych i nieodpowiedzialnych kobietach" - nic z tych rzeczy. Koledzy z Belgii nie odmówili sobie jednak zadania mi dwóch pytań, ale były to moim zdaniem pytania zasadne i trafne: Jak to rzeczywiście jest z tym wychowaniem seksualnym? (wspominałam, że źle, więc potwierdziłam i rozwinęłam), Czy ojciec powinien mieć tez prawo do decyzji o aborcji? (wywiązała się mała dyskusja, ale nikt nie twierdził, że mężczyzna powinien mieć pełne prawo do narzucania kobiecie decyzji). Także pełna kultura. Na prawdę więcej emocji wzbudził w grupie esej dotyczący sposobu określania odpowiedzialności karnej osób upośledzonych. Dodam, że dwa poprzedzające mój esej teksty były o związkach osób tej samej płci - tu także nikt nie kwestionował faktu, że prawo nie powinno różnicować ludzi ze względu na orientację seksualną (bo takie były mniej więcej tezy esejów - aczkolwiek dotyczyły krajów gdzie są przynajmniej zalegalizowane związki partnerskie). Pamiętamy, że na zajęciach z prawa rodzinnego była osoba, której małżeństwa osób homoseksualnych się "nie podobają". Ale podczas wczorajszej otwartej dyskusji dotyczącej prawa NIKT nie wygłaszał swoich prywatnych poglądów. Co to dla mnie oznacza? Po raz pierwszy na studiach prawniczych byłam na zajęciach, gdzie nikt nie włączał moralności religijnej i swoich własnych wewnętrznych przekonań do dyskusji na tzw. problematyczne tematy. Cóż to za odmiana, to było na prawdę coś. Osobą która się najbardziej wywnętrzyła byłam chyba ja - z moimi feministycznymi deklaracjami (padło pytanie dlaczego właśnie ten temat:) A koleżanka ze Szkocji, która była moją oponentką powiedziała, że ona w ogóle nigdy się tym tematem nie interesowała, więc cieszy się, że mogła przeczytać mój esej.
Są wiec miejsca gdzie temat prawa do aborcji nie wzbudza emocji, są więc ludzie, którzy uznają je za prawo oczywiste i nie podlegające dyskusji (tak się składa, że w grupie były obecne osoby z krajów o liberalnym prawie aborcyjnym).

Zapraszam do lektury relacji z dyskusji zupełnie innego rodzaju (zapis debaty, która odbyła się w marcu na UW po projekcji "Podziemnego Państwa Kobiet" (reż. Claudia Snochowska-Gonzales, Anna Zdrojewska) WKRÓTCE na stronie http://prawoaplec.wpia.uw.edu.pl/
Nie wiem, co osoby z mojej grupy powiedziałyby po wysłuchaniu dzisiejszego posiedzenia Sejmu w sprawie in vitro...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz