czwartek, 24 marca 2011

BLOG ZOSTAJE ZAWIESZONY
OSOBY KTORE MNIE ZNAJĄ DOSTANĄ W SWOIM CZASIE OPOWIESCI I RELACJE, MOZLIWE, ZE MNIE JUZ ODWIEDZILY, LUB JESZCZE ODWIEDZA (CZYLI ZAKOSZTUJA ZYCIA W SZWECJI:), A JA SKUPIAM SIE NA OBOWIAZKACH I ROZRYWKACH I OSTATNICH DWOCH MIESIACACH W KRAJU KROLOWEJ KRISTINY

CIAO!

czwartek, 3 lutego 2011

are you boy are you girl?

Z nutką nostalgii wspominam ubiegłoroczne party pod takim właśnie hasłem - are you boy, are you girl. Wszyscy się ładnie poprzebierali, dokumentacja została wrzucona na fejsbuka, można sobie zerknąć i powspominać. Choć może różne osoby mają czasami różnorakie odczucia związane ze swoją gender i sex-rozpoznawalnością, to była głownie zabawa. Obecnie jestem w kraju gdzie transsexualiści, ludzie którzy identyfikują się społecznie bądź cieleśnie z płcią inną niż ta wpisana w ich akt urodzenia są dość liczną (relatywnie) grupą. Identyfikują się bo płeć im przypisana jest dla nich poczuciem głębokiego dyskomfortu. Transseksualizm jest chorobą, która jest leczona różnorako, w zależności od potrzeb. W Uppsali mieszka około 30 transseksualnych osób, całkowicie wyoutowanych - przynajmniej w swoim środowisku, w szkole, sąsiedztwie. Dużo z tych osób to osoby które przyjechały do Uppsali studiować, więc możliwe, że - tak jak Warren, o którym pisałam wyżej (student transseksualista female to male, z organizacji SFQ, mieszka w Uppsali z mężem Simonem) - nie są akceptowani przez rodziny. Warren zdecydował się zostać w Szwecji, bo w stanie Missouri w USA, skąd pochodzi, zostawił mamę, która z nim od wielu lat nie rozmawia. (podaję link do filmów które Warren nagrywał i wrzucał na youtube, bardzo ciekawe, powalające otwartością, znajomością tematu transseksualizmu, powagą a czasem dobrym żartem, a także walorami informacyjnymi - dla osób, które tych informacji potrzebują-> http://www.youtube.com/results?search_query=youtube.com/sillyyetsuccinct&aq=f)

W zeszłym tygodniu odbyło się spotkanie dla nowych osób które chciałyby wstąpić do organizacji dla studentów queer - było bardzo zabawnie i miło. Przyprowadziłam ze sobą Katrien z którą byłam w jednej grupie na uniwersytecie w poprzednim semestrze. Katrien jest z Belgii i to ona jest autorką eseju o którym wspominałam kilkakrotnie (o prawie w Belgii dyskryminującym lesbijki które są matkami). Spotkanie odbyło się w siedzibie innej organizacji zrzeszającej osoby queer-> RFSL (http://www.rfsl.se/uppsala/), dość daleko od tzw. centrum, ale za to w całkiem sporym lokalu, obwieszonym plakatami i transparentami, z kanapami i stołami, aneksem kuchennym, biblioteczką z książkami i wszelkimi informacyjnymi materiałami (też po angielsku). Przy herbacie i kanapkach rozmawialiśmy sobie o otwartych relacjach. Warren i kilka obecnych tam wtedy osób opowiadało o swoich doświadczeniach związanych z poliamorią - byli zadowoleni i pewni, że takie relacje są w stanie funkcjonować i dawać satysfakcję każdej zw stron. Z tego co mówili, chodzi głownie o poczucie własnej wartości (wtedy znika zazdrość), poczucie, że chce się szczęścia drugiej osoby (tej, z którą się jest w otwartej relacji, czyli jeśli ona zakocha się w innej osobie, akceptacja dla jej miłości jest wymagana) i czerpanie szczęścia z relacji różnego rodzaju z różnymi osobami. Zapraszali na spotkanie grupy "Poli" na której wymieniają się książkami i dzielą swoimi doświadczeniami.
W tym tygodniu(bo spotkania w RFSL odbywają się w każdy czwartek, w godzinach 18.00-22.00 można tam po prostu wypić herbatę i pogadać) nie było wesoło - przynajmniej dla mnie i dla Katrien. Dotychczas miałam do czynienia z Warrenem i innymi trans osobami w Uppsali, które są silne, zdeterminowane, mają możliwości na odbywanie procesu transformacji (Warren ma już termin pierwszej operacji, której koszty całkowicie pokryje szwedzkie ubezpieczenie).W Polsce jest nieco inaczej, prawo jest dość skomplikowane, osoby trans napotykają wiele problemów i ciągle bycie trans jest w jakiś sposób stygmatyzowane (np. jako fanaberia, lub co gorsza, zboczenie). Ale dzisiejsza obecność na spotkaniu chłopaka z Indii, który czuje się dziewczyną sprawiła, że zrozumiałam jakim ciężarem może być transseksualizm. Gdy szłyśmy z Katrien do RFSL po drodze zauważyłyśmy osobę w kapturze z mapą, która pytała przechodzącej dziewczyny o drogę. Domyśliłysmy się, ze pewnie jak my tydzień wcześniej - szuka nr 22 przy ulicy Goransgotan. Do RFSL dotarliśmy razem. Później, na miejscu, przy oglądaniu ulotek z poradami dotyczącymi orgazmu łechtaczkowego on podpytał nas o nasze seksualne preferencje i na moje pytanie "And you, are you gay?" odpowiedział "Oh no! I am transgender". Okazało się w sumie że on jest gay, że jest lesbijką, ale jako transseksualista male to female. Już przy stole do rozmowy włączył się Warren i transseksualna dziewczyna. Centralnym tematem stała się opowieść chłopaka z Indii (nie pamiętam jak miał na imię...) o tym, jak wygląda jego życie w kraju.
Nikt nie wie, ze jest transseksualny, bo nikt by tego nie zaakceptował. Opowiadał o rodzinie, o tym, jak w Indiach ważna jest rodzina i wartości z nią związane. Nie ma małżeństw z miłości - są tylko aranżowane (90 %, bo są pewne regiony, gdzie tradycja ta nie jest kultywowana). W większości regionów nie ma wyoutowanych osób homo, nie wspominając o osobach trans. On się czasem przebiera w damskie ubrania i zakłada perukę (pokazywał nam zdjęcia w komórce, wygląda bardzo atrakcyjnie) - ale tylko w domu, jak rodzice wyjeżdżają (2 razy w tygodniu).
Tu mieszka w akademiku i marzy o mieszkaniu, w którym mógłby ubierać się jak kobieta. W akademiku się wstydzi, nie wie jak zareagują współmieszkańcy. Warren obiecał mu pomóc w znalezieniu mieszkania. Warren go przekonywał, że może to jest dobry moment na decyzję o emigracji - mógłby robić doktorat w Szwecji, jest to dość częsta opcja, mógłby wziąć ślub z osobą narodowości szwedzkiej. Chłopak jednak ciągle powtarzał, ze nie wie czy jest na to gotowy i nie wie, jak poradzilby sobie z opuszczeniem rodziny. Z drugiej strony powtarzał, ze żyje mu się bardzo, bardzo ciężko. Był bardzo zadowolony z istnienia grupy (grupa osób trans spotyka się dodatkowo w środę, więc mam nadzieję że go wezmą pod swe skrzydła i zaopiekują się nim), z możliwości porozmawiania o sobie.
Myslę teraz o Indiach, o tym jak lubię indyjską kuchnię, jogę, jak tam jest pięknie, o filmach Miry Nair itd. Oczywiście myslę też o biednych ludziach, o patriarchalnych rodzinach, o dzieciach zmuszanych do żebrania, prostytucji. I myslę o tych wszystkich osobach które nie moga tam byc sobą. I jest mi strasznie przykro.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Katushka!

Studia studiami, ale - jak to na każdym właściwie wprowadzającym do zajęć spotkaniu jest przez prowadzących podkreślane - trzeba także zakosztować studenckiego życia.
Uroczo przedstawia się styl, w jakim studenci (w szczególności Erasmusi:) wcielają to w praktykę. No ale ja też jestem studentką więc w ten piątek postanowiłam zainaugurować kolejny semestr studenckiego życia na wyjeździe. Byłam na imprezie zwanej Katushką, podczas której parkiet jest zapełniony już przed 21.00. Rzeczywiście puszczana tam muzyka wywołuje stadne instynkty i skłania do podskoków. Nieskrępowane harce na parkiecie, wylane piwo 9oraz popijanie mocnych alkoholi z małej buteleczki ukrytej w kieszeni:) - wersja dla oszczędzających!), dyskusje o niczym (choć jeden zagadujący mnie przy stanowisku z wodą dla zmasakrowanych tańcem ciał Szwed ze sztucznymi kwiatami we włosach zaimponował mi konkretnymi danymi "We know that Polish women come to Sweden to perform abortion, it is sad...", "Poland is Catholic..." - ale ja już się przyzwyczaiłam do tych etykietek. No cóz, prawda...)
Nostalgicznym akcentem wieczoru był fakt, że była to ostatnia noc w Uppsali Nesli (dla niektórych Nesti), która umilała mi poprzedni sezon w Upp. Nesli w sobotę odleciała do Istambułu.

Jak to mówią Szwedzi - nauka i studencie życie, wszystkiego po trochu, tak żeby było LAGOM!
(just the right amount!)

VT 2011 INTRODUCTION TILL UPPSALAS STUDENTLIV czyli semestr wiosenny

Jak to miło nie mieć w tym roku sesji egzaminacyjnej (wiosennej też nie będzie, tzn. będzie w postaci jednego egzaminu).
Za to zaczął się drugi semestr, nowe zajęcia (dość wymagające na co dzień i regularnie czyli brak kumulacji egzaminacyjnej na koniec semestru wiąże się z względnie intensywnymi zajęciami w ciągu całego semestru), nowe osoby zawitały do Uppsali (w mojej grupie to jakieś 85%!!!!)...
Wiosny co prawda nie widać, choć w zeszłym tygodniu była odwilż co pomogło mi wydobyć spod zaspy rower. Rower jest w doskonałym stanie i ja tez jestem w stanie lepszym odkąd nauczyłam się jeździć po lodzie i śniegu. Jak to miło jeździ rowerem zimą, móc sobie wszędzie nim dojechać, dotlenić się, zyskać na czasie...ehh...

Podczas "świątecznej" przerwy w Warszawie było bardzo miło, ale jednak nic nie zmieni oczywistego faktu, że w odróżnieniu od życia w zakorkowanej, brudnej, nieszanującej rowerzystów Warszawie z jedną linią metra (które mnie na szczęście dowozi na uczelnię) życie w małej, acz dobrze urządzonej pod kątem studentów, niepotrzebującej metra ani nawet autobusów komunikacji miejskiej (które oczywiście są), bliskiej Sztokholmowi, przyjaznej rowerom Uppsali jest po prostu bardzo wygodne. Ile się traci czasu na przemieszczanie, ile nerwów. Będąc tu jestem w takiej swoistej bańce która oddziela mnie od wielkomiejskich problemów:)
Zapewne są wielkie miasta w których takich problemów jest mniej (np. te w których można jeździć na rowerze nie ryzykując życia...), ale jednak prowincjonalność Uppsali mnie na prawdę urzeka. Dlatego cieszę się że jeszcze tu pobędę (i cieszę się na odwiedziny z Warszawy:)

Nowe zajęcia (Democracy and Human Rights from the European Perspective) zapowiadają się ciekawie. Pierwszy wykład prowadzony był przez prof. Maję Kirilovą Erikkson, która urzekła mnie podkreślaniem faktu, jak to Hugo Grotius mylił się, formułując swoją teorię prawa międzynarodowego-> nieopatrznie rozdzielił on bowiem sferę prywatną i publiczną, twierdząc, że prawa człowieka odnoszą się tylko do tej drugiej a pierwsza powinna pozostać... prywatną.
Stwierdziła też, że prawo międzynarodowe wyraża niebezpieczny dualizm męskości i żeńskości, a przejawia się to w tym, że mamy w nim do czynienia z rozróżnieniem źródeł prawa na tzw. hard-law (konwencje, które po ratyfikacji stają się prawem obowiązującym), i soft-law (deklaracje, rezolucje, które są tylko "drogowskazami", nie zaś prawem które można egzekwować).
Hard-law jest oczywiście tym męskim pierwiastkiem, a soft-law - czyli wszelkie deklaracje dotyczące praw kobiet i dzieci - żeńskim.
Zobaczymy, jak będzie przebiegała praca w mojej nowej working-grupie...

Oczekuję na wyniki egzaminu z Contemporary Jurisprudence, pisanego w stanie podgorączkowym, więc mam nadzieję że z sensem. Aczkolwiek ciężko było mi się skupić nie tylko ze względu na chorobę. Pierwsza połowa tego przedmiotu - pisałam o tym wcześniej - historia prawa - była bardzo ciekawa i inspirująca. Ale Jurysprudencja... może to kwestia doboru tekstów (no ale to niby teksty wybitnych, czołowych, najważniejszych...), może prowadzenia zajęć (wspominałam - visiting professor z Australii który nie zdołał mnie zafascynować tymi seminariami)... No było to takie teoretyzowanie, które oczywiście pomaga człowiekowi odnaleźć się w systemie prawa (czy powinno być tym samym co moralność, czy jest jedna moralność, czy w tym orzeczeniu zostały użyte argumenty teleologiczne czy deontologiczne), ale w odróżnieniu od teoretyzowania na temat historii, poznawania źródeł "tego systemu", dyskusji o tym, czy to jest dobre, czy nie - tu założenie było jedno--> dywagacje teoretyków prawa i argumentacji są na najwyższym poziomie, są wielkim skarbem, są efektem rozumowania godnych podziwu intelektualistów (wspominałam już, ze wśród czytanych przez nas teksów żaden nie był autorstwa wybitnej, rozumnej, błyskotliwej?). Dodatkowo była to jurysprudencja, ze tak powiem, mainstreamowa. Bo wiem, że istnieje też np. Jurysprudencja feministyczna (Catherine MacKinnon), ale o tej nikt się nie zająknął. Mam nadzieję, że zdam ten egzamin i będę to miała za sobą.


Ale dni stają się coraz jaśniejsze, do dobry znak!




wtorek, 7 grudnia 2010

Sobota w Sztokholmie!

Ostatnio spędziłam wspaniały dzień (i noc) w gościnie u Diany i Magdy rezydujących w STKH, u których również gościli Kasia i Radek (mama i syn:). Mroźny spacer (ale jakże uroczy) po mieście, kawa w lokalu na Sodermalm, wyglądającym z pozoru jak nieistniejący już niestety warszawski Bar Poziomka, a będący w rzeczywistości azjatycką restauracją ( w której nie mieli herbaty!!!), wspólne gotowanie i popijanie pysznych jabłkowo-pomarańczowych drinków i rozmowy.
Podróż Uppsala-Stockholm to też przyjemne doznanie - szybki, czysty i ciepły pociąg (ceny umiarkowane!), który 70 km pokonuje w niecałe 40 minut (przypominają mi się moje podróże do kieleckiego liceum, oddalonego od mojego miasteczka o 28 km, które PKS pokonywał w ... 45-60 minut...). No a za oknem obecnie - bajkowe, śnieżne widoki.

Wegański poniedziałek

Zostałam zaproszona przez moją szwedzką koleżankę na coś, co się nazywa Klimax Uppsalas vegetariska måndagar. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale skuszona opisem jedzenia, jakie będzie serwowane postanowiłam to sprawdzić. Okazało się, że Klimax to regularne spotkania grupki wegan, którzy chcą promować ten styl odżywiania się (i styl życia, co tu ukrywać, jedno z drugim ma spory związek, wie to ta i ten, którzy są weganami i wegetarianami). Każdemu spotkaniu "przewodzi" ekipa osób, które obmyśliły menu i skompletowały przepisy. Potem wszyscy wspólnie przyrządzają potrawy! Przez moment czułam się jak w podstawówce - były czasem takie lekcje, na które trzeba było przynieść warzywa, noże i sztućce, a podczas zajęć wspólnie robiliśmy surówki. Ale oczywiście tylko przez moment, bo potem czułam się jak tu i teraz, w Szwecji, w grupie ciekawych i otwartych osób (byłam jedyną osobą nie znającą szwedzkiego i każdy to ostentacyjnie szanował:), a wspólne krojenie marchewek jest na prawdę dobrą zabawą. Chwilę to jednak zajęło, zanim zasiedliśmy do długiego stołu, gdzie każda z 25 osób znalazła miejsce, talerz i sztućce. Delektowaliśmy się pyszną zupą warzywną (ja byłam w grupie "zupa"), chlebem marchewkowym, sałatką z buraków, hummusem i ...tarta jabłkową. Wszystkie składniki pochodziły z rejonu Uppland i zostały wyhodowane przez lokalnych farmerów. Jabłka na tartę pochodziły z działki jednej z uczestniczek - był malutkie, miały pomarszczoną skórkę ale zapach i smak... niepowtarzalny i nieporównywalny z "dorodnymi" i błyszczącymi jabłkami z supermarketu lub bazaru.

Miejsce w którym wielkie gotowanie się odbywało jest przestrzenią wspólną akademika (zamieszkałego głownie przez szwedzkich studentów), w którym - uwaga - nie wolno spożywać alkoholu. Przy podpisywaniu umowy trzeba także zdeklarować się, ze jest się osobą trzeźwą.

Mieszkańcy akademika rzeczywiście nie piją, no może sporadycznie - jak najstarszy z grupy (nie chciał się przyznać ile ma lat ale jak na moje oko 35, może nieco więcej) Jasper - student pierwszego roku psychologii (po latach zajmowania się branżą komputerową, odnalazł swoje powołanie) - który pije od czasu do czasu wino, ale poza akademikiem:)

Z tym alkoholem to jest na prawdę ciekawa sprawa. Wiemy o reglamentowanej sprzedaży, teraz akademik dla "trzeźwych", ale chyba najbardziej niecodziennym dla osób z Polski obyczajem jest obowiązek przejścia testu na zawartość alkoholu w organizmie przed wejściem na imprezę organizowaną w młodzieżowym klubie! Tak, tak, poniżej załączam plakat koncertów, jakie odbywały się w klubie jakiś czas temu. Moja koleżanka Szwedka stwierdziła, ze to normalne - bo to klub TAKŻE dla osób poniżej 18 lat. A w Szwecji zdecydowanie promuje się trzeźwe imprezy dla młodzieży. Jak przeczytałam informację o tym "teście" (i informacji, ze nawet, jeśli osoba zechce opuścić na chwilę klub, np. podczas przerwy, po powrocie będzie przechodziła test ponownie - zdaje się, w calu zapobieżenia pokątnemu piciu w bramie:) to byłam nieco zbulwersowana. No bo ja osoba na pewno nie ponizej 18-roku życia, chcę sobie tam pójść, a wcześniej np. coś piłam (piątkowy wieczór, np. wino do kolacji) i hmm- nie zostanę wpuszczona? Po chwili jednak przypominam sobie, jak w czasach licealnych wyglądały imprezy, na które uczęszczałam. O tak, piło się. W sumie nic strasznego z tego nie wynikło (tzn. przynajmniej dla mnie, nie wiem do końca, jak z innymi...), ale... nic strasznego się nie dzieje, jeśli się nie pije. Pewnie nawet takie imprezy są nieco zdrowsze:) Tak przynajmniej zaobserwowałam mieszkając w Uppsali, tak wywnioskowałam z rozmów ze Szwedami.

Czekam więc na kolejny, wegański poniedziałek!

piątek, 26 listopada 2010

Bokcafé Projektil

Zawieje, zamiecie a dziś siarczysty mróz (z nieba padało coś podobnego do śniegu, ale mieniło się i błyszczało...i osiadało na kurtce, drzewach, chodniku, ulicy), a w oknach lampki, świeczki, na budynkach kolorowe iluminacje. Miejskie latarnie świecą na czerwono, różowo, pomarańczowo, popija się Glögg... Na prawdę listopad w Uppsali jest do zniesienia. Jeśli dodać do tego wszelkiego rodzaju socjalizację - jest miło. Ostatnio koleżanka Åsa wzięła mnie na pokaz dokumentów z cyklu "krytyka kapitalizmu". Filmy filmami (pierwszy był fenomenalny, "Requiem for Detroit" reż. Julien Temple - obraz wyludnionego miasta, które kiedyś było ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Przypomina nieco film M.Moore'a "Roger and Me", bo tez rzecz rozchodzi się o rozkwit i upadek fabryki General Motors, ale... tu doskonałe materiały archiwalne i muzyka, wszak Detroit to także siedziba legendarniej wytwórni Motown!) ale atmosfera miejsca. Pokaz odbywał się w opisywanym już kiedys przeze mnie tzw. Ungdomen hus, czyli Domu młodzieży. Ulokowany w starej kamienicy blisko rzeki na co dzień jest kawiarnią, miejscem spotkań, prób muzycznych. Można tam wypić herbatę za 6 koron (dolewka - 2 korony:), zjeść ciastko za 5 koron. Po 19.00, w zależności od grafiku odbywają się tam różnorakie wydarzenia - także i opisywany pokaz filmów. Mimo pozornego nieładu i klimatu DIY nad sceną powieszono dość spory ekran, było mnóstwo foteli, kanap (i dobrze, bo było sporo ludzi:). Specjałem wieczoru była zupa dyniowa. Cały dochód z wieczoru miał być przeznaczony na otwarcie niezależnej socjalistycznej kawiarnio-księgarni w Uppsali. A ja z dziewczętami - Szwedkami zajmowałam wielka, wygodna kanape i słuchałam (w przerwach między filmami) jak to się studiuje dziennikarstwo w Sztokholmie, na wydziale założonym w 1968 roku, gdzie główną lekturą dla studentów są teksty dotyczące marksistowskiej krytyki medialnej:)