W zeszłym tygodniu odbyło się spotkanie dla nowych osób które chciałyby wstąpić do organizacji dla studentów queer - było bardzo zabawnie i miło. Przyprowadziłam ze sobą Katrien z którą byłam w jednej grupie na uniwersytecie w poprzednim semestrze. Katrien jest z Belgii i to ona jest autorką eseju o którym wspominałam kilkakrotnie (o prawie w Belgii dyskryminującym lesbijki które są matkami). Spotkanie odbyło się w siedzibie innej organizacji zrzeszającej osoby queer-> RFSL (http://www.rfsl.se/uppsala/), dość daleko od tzw. centrum, ale za to w całkiem sporym lokalu, obwieszonym plakatami i transparentami, z kanapami i stołami, aneksem kuchennym, biblioteczką z książkami i wszelkimi informacyjnymi materiałami (też po angielsku). Przy herbacie i kanapkach rozmawialiśmy sobie o otwartych relacjach. Warren i kilka obecnych tam wtedy osób opowiadało o swoich doświadczeniach związanych z poliamorią - byli zadowoleni i pewni, że takie relacje są w stanie funkcjonować i dawać satysfakcję każdej zw stron. Z tego co mówili, chodzi głownie o poczucie własnej wartości (wtedy znika zazdrość), poczucie, że chce się szczęścia drugiej osoby (tej, z którą się jest w otwartej relacji, czyli jeśli ona zakocha się w innej osobie, akceptacja dla jej miłości jest wymagana) i czerpanie szczęścia z relacji różnego rodzaju z różnymi osobami. Zapraszali na spotkanie grupy "Poli" na której wymieniają się książkami i dzielą swoimi doświadczeniami.
W tym tygodniu(bo spotkania w RFSL odbywają się w każdy czwartek, w godzinach 18.00-22.00 można tam po prostu wypić herbatę i pogadać) nie było wesoło - przynajmniej dla mnie i dla Katrien. Dotychczas miałam do czynienia z Warrenem i innymi trans osobami w Uppsali, które są silne, zdeterminowane, mają możliwości na odbywanie procesu transformacji (Warren ma już termin pierwszej operacji, której koszty całkowicie pokryje szwedzkie ubezpieczenie).W Polsce jest nieco inaczej, prawo jest dość skomplikowane, osoby trans napotykają wiele problemów i ciągle bycie trans jest w jakiś sposób stygmatyzowane (np. jako fanaberia, lub co gorsza, zboczenie). Ale dzisiejsza obecność na spotkaniu chłopaka z Indii, który czuje się dziewczyną sprawiła, że zrozumiałam jakim ciężarem może być transseksualizm. Gdy szłyśmy z Katrien do RFSL po drodze zauważyłyśmy osobę w kapturze z mapą, która pytała przechodzącej dziewczyny o drogę. Domyśliłysmy się, ze pewnie jak my tydzień wcześniej - szuka nr 22 przy ulicy Goransgotan. Do RFSL dotarliśmy razem. Później, na miejscu, przy oglądaniu ulotek z poradami dotyczącymi orgazmu łechtaczkowego on podpytał nas o nasze seksualne preferencje i na moje pytanie "And you, are you gay?" odpowiedział "Oh no! I am transgender". Okazało się w sumie że on jest gay, że jest lesbijką, ale jako transseksualista male to female. Już przy stole do rozmowy włączył się Warren i transseksualna dziewczyna. Centralnym tematem stała się opowieść chłopaka z Indii (nie pamiętam jak miał na imię...) o tym, jak wygląda jego życie w kraju.
Nikt nie wie, ze jest transseksualny, bo nikt by tego nie zaakceptował. Opowiadał o rodzinie, o tym, jak w Indiach ważna jest rodzina i wartości z nią związane. Nie ma małżeństw z miłości - są tylko aranżowane (90 %, bo są pewne regiony, gdzie tradycja ta nie jest kultywowana). W większości regionów nie ma wyoutowanych osób homo, nie wspominając o osobach trans. On się czasem przebiera w damskie ubrania i zakłada perukę (pokazywał nam zdjęcia w komórce, wygląda bardzo atrakcyjnie) - ale tylko w domu, jak rodzice wyjeżdżają (2 razy w tygodniu).
Tu mieszka w akademiku i marzy o mieszkaniu, w którym mógłby ubierać się jak kobieta. W akademiku się wstydzi, nie wie jak zareagują współmieszkańcy. Warren obiecał mu pomóc w znalezieniu mieszkania. Warren go przekonywał, że może to jest dobry moment na decyzję o emigracji - mógłby robić doktorat w Szwecji, jest to dość częsta opcja, mógłby wziąć ślub z osobą narodowości szwedzkiej. Chłopak jednak ciągle powtarzał, ze nie wie czy jest na to gotowy i nie wie, jak poradzilby sobie z opuszczeniem rodziny. Z drugiej strony powtarzał, ze żyje mu się bardzo, bardzo ciężko. Był bardzo zadowolony z istnienia grupy (grupa osób trans spotyka się dodatkowo w środę, więc mam nadzieję że go wezmą pod swe skrzydła i zaopiekują się nim), z możliwości porozmawiania o sobie.
Myslę teraz o Indiach, o tym jak lubię indyjską kuchnię, jogę, jak tam jest pięknie, o filmach Miry Nair itd. Oczywiście myslę też o biednych ludziach, o patriarchalnych rodzinach, o dzieciach zmuszanych do żebrania, prostytucji. I myslę o tych wszystkich osobach które nie moga tam byc sobą. I jest mi strasznie przykro.
Jakoś nie potrafię wzdbudzić w sobie współczucia dla faceta, który koniecznie musi mieć własną cipkę, żeby udanie wylizać takową jakiejś dziewczynie. Może nie jest świadomy, ale poprzez uzyskanie swojej (chyba nie tak pięknej i funkcjonalnej jak naturalna) pochwy, koleś straci z 90% potencjalnego rynku, czyli tradycyjnych kobiet. Będzie mógł liczyć na lesbijską przychylność tylko wyjątkowo zdesperowanych i pokiereszowanych psychicznie dziewczyn.
OdpowiedzUsuńCo do samych Indii - piszesz, że większość małżeństw nie jest zawierana z miłości. No cóż, u nas jest podobnie tylko w trochę mniejszej skali. W Polsce też zdarzają się patologiczne sytuacje kiedy rodzice wybierają dziecku partnera życiowego (znam taki przypadek – małżeństwo łączące dwa klany lekarskie). Inne przykłady – niektóre kobiety z wyrachowaniem wybierają bogatszego męża i trudno im się dziwić, bo z reguły dobrze na tym wychodzą (w przeciwieństwie do małżeństw tzw. szkolnych miłości – potężny odsetek rozwodów). Mężczyźni dla odmiany często rozpoczynają związki z pobudek czysto seksualnych, a gdy sytuacja dojrzeje biorą ślub się dla świętego spokoju (kobieta nie truje, teściowie nie trują, rodzice nie trują itp.). Miłość jest zdecydowanie przereklamowana jako powód do zawarcia małżeństwa. Co innego jeśli chodzi o przygodne romanse...