niedziela, 31 października 2010

ciepły jesienny halloween weekend

W piątek zaraz po 5-godzinnym, kazusowym egzaminie z kiążkami i pomocami na wyciągnięcie ręki - udałam się do sławnego klubu w nacji Varmlands. Było na prawdę miło, choć jak zwykle muzycznie nie do końca mogłam się odnaleźć. No ale nawet nieco potańczyłam (!) - co ciekawe - pośród półek z książkami. Bo klub onzacza tyle, co zaanektowanie całej przestrzeni budynku nacji. To, co na co dzień jest kafajką, restauracją, biblioteką (stąd te książki:) w wieczór klubowy staje się całe...klubem. Zamiast lunchu, kawy i ciastek kupuje się piwo, cidery i mnóstwo wódki, dżinu, rumu itp (o tak, zauważyłam, że bywalcy i bywalczynie studenckiego klubu popijają dużo mocnego i dość drogiego alkoholu) . Początkowo przebywałam w znajomym gronie, czyli Neslihan z Turcji plus jej znajomi z Francji, potem wszystko się pomiksowało i skończyłam przy stoliku ze Szwedami studiującymi leśnictwo. Dyskusje były o polowaniu (ja byłam przeciw a oni jako leśnicy objaśniali mi jak to jest w praktyce. i tak jestem przeciw).
W sobotę zaś byłam na urodzinach Valerii z Meksyku (z którą mamy plany muzyczne, ale cicho sza - zobaczymy. Valeria gra na keybordzie i sama sobie miksuje piosenki, całkiem ciekawie, i jest za wystąpieniem w opisywanej wcześniej akcji open mic night - ja oczywiście się cieszę, że mam kogoś do snucia tego typu projektów...ale gdzie jest moja gitara???)
Urodziny były - to ciekawe - w chatce na cichym i spokojnym osiedlu, gdzie o godzinie 21 w sobotę spora część mieszkańców jadła rodzinną kolację lub oglądała tv (okna bez zasłon).
Chatka w środku tego osiedla jest właśnie przeznaczona na imprezy - można ją wynająć. Na przyjęciu było dużo osób z Meksyku, dużo tequilli, był też poprzebierane za diabły dzieci, które jednak szybko pogrążyły się we śnie na ustawionych tu i tam kanapach. Valeria wychyliła na prawdę sporo kieliszków z tequilą i powiedziała mi, że w Meksyku jest inaczej niż w Europie, ponieważ różnice płci są bardzo wyraźne i są wręcz celebrowane. Nie jest równo, jak w Europie, jest podział i określone role. Jesteś kobietą i idziesz ulicą, pracujący na rusztowaniach robotnicy krzyczą w twoim kierunku i pogwizdują (Mammasita! - znaczy - You're hot!). Valeria zauważa, ze w Szwecji tego nie ma i to jest ok, ale czasem ją to niepokoi, bo czuje się niewidzialna.
Jeśli chodzi o lesbijki to podobno one są zwykle bardzo męskie i "po męsku" ubrane. To jest sygnałem dla panów z rusztowań, że nie mają po co się wysilać z krzykami i gwizdami.
Ucieszyło mnie kiedy Valeria poprosiła o informacje na temat Uppsala Pride i powiedziała, że chętnie weźmie w festiwalu udział.

No więc festiwal! Dziś było spotkanie osób zaangażowanch wolontaryjnie - dostaliśmy plakaty, ulotki, gazety z programami. Muszę to porozrzucać i poprzylepiać - szczególnie na wydziale prawa! Ale i tak festiwal jest już dość mocno rozreklamowany - jest sponsorowany także przez miasto. Spotkanie prowadził Johan, który jak się okazuje jest prawą ręką Gudrun Schyman - przewodniczącej Feministik Initiativ. Spotkanie spotkaniem (było miło, wiem kiedy mam dyżury, reszta niebawem, no i podczas tych czterech wyczekiwanych dni) - > ale miejsce! Było to w czymś na kształt domu kultury, ale nieco innym niż Grand. Ten dom kultury, mieszczący się w starej kamienicy, to jednocześnie kawiarnia i sala prób. Ściany pomieszczeń są dość frywolnie pomalowane, toalety stanowią forum przekazywania różnorakich treści (na desce klozetowej przeczytałam ciekawe hasło, nie pamiętam dokładnie, ale przekaz brzmiał, że każdy jest winien 100 rasistowskich skalpów ). W trakcie naszego meetingu przybyli chłopcy - muzycy gothic-metalowego bandu, którzy zaczęli się przygotowywać do próby. Po paru minutach dołączyły do nich dziewczyny z pomalowanymi na biało twarzami. Niestety nie wiem jak przebiegała próba.

Jutro wykład inaugurujący nowy kurs: Comparative Legal History and Contemporary Jurisprudence, a potem przygotowania przygotowania na przylot Moniki i Ewy - w czwartek~!

Jak miło...

Nikomu nie podnosi się ciśnienie

Dopiero kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że jednak tu - w Szwecji - na wydziel prawa (ale i nie tylko) jest inaczej. Brzmi banalnie, ale zaraz wyjaśnię o co mi chodzi. Zdaje się, że to opis dyskusji na temat prawa aborcyjnego, czy może jej braku był takim pierwszym krokiem do tego, żeby stwierdzić, że to, od czego zwykle w Polsce na ulicy, na spotkaniach towarzyskich, na zajęciach, debatach, manifach - podnosi mi się ciśnienie - czyli seksizm i homofobia - tu jest obecne w niewielkim, jeśli nawet w zerowym stopniu!. Oczywiście, może gdzieś indziej, w innych gronach, w innych środowiskach, "undergoundowo", nieoficjalnie, w głębi duszy...tego nie wiem. Ale na pewno nie oficjalnie i z podniesiona głową. No bo jak może być inaczej, skoro w Szwecji i w krajach, z których pochodzą osoby z mojej grupy - w Nowej Zelandii, Holandii, Belgii, Niemiec, Australii - małżeństwa lub choćby związki partnerskie osób tej samej płci są prawnie rozpoznawalne? A za tym idą wszystkie te kwestie, o których się wspomina w Polsce przy okazji przekonywania, że takie uregulowanie jest potrzebne nie tylko po to, żeby osoby homoseksualne się lepiej poczuły, czyli kwestie podatkowe, szpitalne, rodzicielskie, o kwestie dziedziczenia. czyli To, co w Polsce jest tematem tabu, czy nawet oznaką antypatriotyzmu, antykatolicyzmu, oznaką bycia osobą niemoralną, "chorą" - jeśli chodzi o debatę polityczną, prawną (kazus podręczników do prawa rodzinnego...) i publiczną (ale też i w prywatnej dyskusji są nierzadko źródłem zgorszenia!) nie wywołały żadnej kontrowersji na moich zajęciach (poza wspomnianymi ukradkowymi westchnieniami niezadowolonego Belga), nie były tematem do kłótni, dyskusji. Nikomu nie podnosi się ciśnienie. Może istnieją osoby, które w głębi duszy wyznają antywartości homofobiczne i seksistowskie, albo podyskutowałyby o tym przy piwie. Na ubiegłotygodniowej obronie esejów jednak, kiedy to poza esejem o aborcji były trzy odnoszące się do małżeństw homoseksualnych - nikt nie podnosił kontrargumentów. Bo to już jest, już istnieje, to prawo już funkcjonuje, ludzie biorą śluby, mają "legalne" rodziny.
Katrien z Belgii pisała o prawie lesbijek do sztucznego zapłodnienia i kwestiach związanych z rozpoznawalnością matki nie-biologicznej. W swoim tekście starała się dowieść, że prawo belgijskie, choć dość progresywne, jest jednak pełne luk i jeśli chodzi o ta właśnie kwestię, to w porównaniu do szwedzkiego jest krzywdzące i niesprawiedliwe! Chodzi o to, ze w Szwecji partnerka biologicznej matki dziecka staje się automatycznie drugim rodzicem - po dopełnieniu procedury uznania (czyli tak samo, jak to jest w przypadku par hetero). W Belgii zaś musi ona dziecko .... adoptować (czyli w porównaniu do par hetero - ma gorzej). Taki temat, takie zagadnienie!!! Wyobrażacie sobie taki dylemat w Polsce? Chyba za 200 lat... Dalej Martta z Finlandii - napisała tekst o związkach osób tej samej płci w świetle prawa fińskiego i szwedzkiego. Uznała, ze prawo fińskie jest refleksem zachowawczości społeczeństwa fińskiego i uznaje TYLKO związki partnerskie osób tej samej płci, nie zaś małżeństwa. Trwa debata, zobaczymy.
Rozumiecie co chcę powiedzieć? Polska NA PRAWDĘ odstaje... Jestem wywoływana do tablicy, żeby opowiedzieć o "prawnych ciekawostkach", o kształcie debaty publicznej, o sławnych na całą Europę postaciach z rządu Kaczyńskiego (i nie tylko). Nie wstydzę się i nie peszę, ale po prostu ja chcę żeby się to zmieniło!!! Chcę żeby w Polsce było inaczej, bo gdzie indziej jest i to dobrze funkcjonuje, jest źródłem czegoś lepszego, niż mamy w Polsce.

Z tego co zauważam, kwestią która jest w Szwecji obecnie ważna, przynajmniej w gronie aktywistów LGBTQ, jest walka z transfobią. Jakkolwiek wszystkie formy wykluczenia i dyskryminacji są ze sobą w jakimś stopniu tożsame, okazuje się, że feminizm potrafi być transfobiczny. Że kategoria trans - dziś, tu, w społeczeństwie, gdzie widok trzymających się za ręce kobiet i mężczyzn na ślubnym kobiercu jest czymś codziennym i normalnym - jest kategorią z pogranicza, dlatego wzbudzającą lęk. Przylepia się jej plakietki wynaturzenia, dewiacji, fanaberii.
Oto ciekawy tekst, który znalazłam na profilu kolegi z SFQ grupy - Warrena (pisałam, że na tym pierwszym zapoznawczym spotkaniu od razu powiedział o swoim trans doświadczeniu) -

A propos Warrena - w necie można znaleźć video jakie nakręcił ze swoim mężem w ramach akcji
"It gets better". Portal http://www.itgetsbetterproject.com/ i cała akcja zostały zainicjowane przez amerykańskiego dziennikarza Dana Savage'e po tym, jak na zebraniu rady miejskiej w Teksasie jeden z zasiadających w niej radnych popełnił wzruszające i wstrząsające jednocześnie wyznanie, którego źródłem były powtarzające się doniesienia na temat samobójstw popełnianych przez nastoletnich gejów i lesbijki, którzy nie potrafią sobie poradzić z prześladowaniami w szkole i w najbliższym środowisku (polecam, jeśli jeszcze nieznane: http://www.ted.com/talks/joel_burns_tells_gay_teens_it_gets_better.html).

Link to video Warrena, który porusza kwestię transseksualistów:

A za parę dni... Uppsala Pride!

piątek, 22 października 2010

dyskusja o pawie do aborcji

się nie odbyła...
Nadal jestem w ciężkim szoku, ale na wczorajszej obronie mojego eseju dotyczącego prawa do aborcji NIC się nie wydarzyło. A może aż tyle się wydarzyło. Obawy, że ze swoim poparciem dla prawa do aborcji i krytyką supremacji religijnych poglądów w dyskusji o prawie zostanę wywołana do tablicy przynajmniej przez dwóch kolegów z katolickiego uniwersytetu z Belgii okazały się paranoją przez duże P. Mój esej i wszystkie deklaracje i poglądy jakie wygłosiłam nie wzbudziły większego zdziwienia. No może parę osób się poważnie zadumało i zmartwiło tym, co to się w Polsce wyprawia, że ten kościół, że brak możliwości wyegzekwowania prawa do aborcji, ostatnie groźby biskupa dotyczące in vitro (wspomniałam), ale żeby mówić w kategoriach "życia nienarodzonego", "morderstwa", "prawa do życia dziecka poczętego", "złych i nieodpowiedzialnych kobietach" - nic z tych rzeczy. Koledzy z Belgii nie odmówili sobie jednak zadania mi dwóch pytań, ale były to moim zdaniem pytania zasadne i trafne: Jak to rzeczywiście jest z tym wychowaniem seksualnym? (wspominałam, że źle, więc potwierdziłam i rozwinęłam), Czy ojciec powinien mieć tez prawo do decyzji o aborcji? (wywiązała się mała dyskusja, ale nikt nie twierdził, że mężczyzna powinien mieć pełne prawo do narzucania kobiecie decyzji). Także pełna kultura. Na prawdę więcej emocji wzbudził w grupie esej dotyczący sposobu określania odpowiedzialności karnej osób upośledzonych. Dodam, że dwa poprzedzające mój esej teksty były o związkach osób tej samej płci - tu także nikt nie kwestionował faktu, że prawo nie powinno różnicować ludzi ze względu na orientację seksualną (bo takie były mniej więcej tezy esejów - aczkolwiek dotyczyły krajów gdzie są przynajmniej zalegalizowane związki partnerskie). Pamiętamy, że na zajęciach z prawa rodzinnego była osoba, której małżeństwa osób homoseksualnych się "nie podobają". Ale podczas wczorajszej otwartej dyskusji dotyczącej prawa NIKT nie wygłaszał swoich prywatnych poglądów. Co to dla mnie oznacza? Po raz pierwszy na studiach prawniczych byłam na zajęciach, gdzie nikt nie włączał moralności religijnej i swoich własnych wewnętrznych przekonań do dyskusji na tzw. problematyczne tematy. Cóż to za odmiana, to było na prawdę coś. Osobą która się najbardziej wywnętrzyła byłam chyba ja - z moimi feministycznymi deklaracjami (padło pytanie dlaczego właśnie ten temat:) A koleżanka ze Szkocji, która była moją oponentką powiedziała, że ona w ogóle nigdy się tym tematem nie interesowała, więc cieszy się, że mogła przeczytać mój esej.
Są wiec miejsca gdzie temat prawa do aborcji nie wzbudza emocji, są więc ludzie, którzy uznają je za prawo oczywiste i nie podlegające dyskusji (tak się składa, że w grupie były obecne osoby z krajów o liberalnym prawie aborcyjnym).

Zapraszam do lektury relacji z dyskusji zupełnie innego rodzaju (zapis debaty, która odbyła się w marcu na UW po projekcji "Podziemnego Państwa Kobiet" (reż. Claudia Snochowska-Gonzales, Anna Zdrojewska) WKRÓTCE na stronie http://prawoaplec.wpia.uw.edu.pl/
Nie wiem, co osoby z mojej grupy powiedziałyby po wysłuchaniu dzisiejszego posiedzenia Sejmu w sprawie in vitro...

gdy odwiedził mnie Bartek

Gdy odwiedził mnie Bartek byłam niestety ciągle w trakcie pisania eseju. Dlatego musiałam ukraść kilka (głównie porannych) godzin z naszego wspólnego czasu na kończenie pisania - nienawidzę tego. Od teraz motto brzmi: "Oczekujesz gościa/gości - skończ robotę na czas!!!".

Miło było pokazać komuś to (prawie) wszystko, o czym tu się rozpisuję. Sobota upłynęła pod znakiem "flea marktu" gdzie Bartek nakupował vinyli, choć miał też ochotę na kurteczkę od pana Turka - niestety - za droga. Potem zjedliśmy pyszne ciasto łososiowe w nacji, w której na szczęście nie wisiały portrety sędziwych panów. A potem mieliśmy iść na koncert (i potańcówkę) to klubu Grand, ale okazało się że bilet kosztuje 100koron, więc zrezygnowaliśmy. Ale wyglądało to na prawdę imponująco - w foyer klubu (budynek starego kina, pisała już o tym kiedyś:) - jazzowy bigband przygrywał do tańca i cała sala pląsała. Przy drzwiach było mnóstwo butów - tancerze i tancerki woleli je zostawić. Pani sprzedająca bilety zachęcała, żeby się pobujać tu, na korytarzu - ale nie zdecydowaliśmy się na to:) Postanowiliśmy sprawdzić PUB 19, w którym miała grać lokalna bluesowa grupa. Wstęp był wolny, ale najwyraźniej w Uppsali zasadą jest przychodzenie "na czas". Tzn. wejście od 19, koncert o 20.30 oznacza, że jak się przyjdzie o 21.20 to nie ma nawet za bardzo gdzie stanąć (bo się zasłania siedzącym przy stolikach). Nie mogliśmy więc zostać.
Za to koncertowe wrażenia zapewnił nam występ szwedzkiego zespołu Räfven, (mozna zerknąć -> http://www.rafven.se/eng/) który gra klezmerską i folkową muzykę rodem ze Wschodniej Europy, ale także i Szwecji. Wiedziałam, że takowy koncert będzie się odbywał w niedzielę o ... 14.00, że jest to w miejscu zwanym Kulturoasen, pomyślałam więc, że mógłby być to fajny muzyczny akcent na niedzielne popołudnie. Potem ja zostawiwszy Bartka "na mieście" udałabym się na moją ukochaną niedzielną jogę na 15.30. Jednak po sprawdzeniu na mapie gdzie znajduje się Kulturoasen dopadły mnie wątpliwości (konkretnie: miejsce o nazwie Hagaby było "poza" moją mapą, która obejmuje jednak sporą część Uppsali). Mieliśmy tylko jeden rower, drugiego nie było od kogo pożyczyć...Jednak Bartek stwierdził, że chętnie użyje stojącej w kącie, nie-wiadomo-czyjej - hulajnogi. I bardzo mnie namawiał, żeby jednak podjąć wyzwanie odnalezienia Hagaby. Na początku go wyśmiałam, no ale ostatecznie przy pomocy roweru i hulajnogi (co było na prawdę zabawne:) całkiem szybko dotarliśmy na wspaniałe, jesienne, nieco wiejskie, leśno-polne przedmieścia Uppsali. Tej słonecznej niedzieli została ukojona moja tęsknota za jesiennym lasem (moja mama przez ostatnie kilka tygodni zdawała mi relacje ze swoich niemal codziennych 4godzinnych wycieczek na grzybobranie...). No bo przecież jeszcze nigdy nie opuściłam polskiej jesieni, a konkretnie jesieni w moich górach świętokrzyskich. No ale właśnie w tym roku opuściłam, ominęła mnie całkowicie. Dlatego też ta wycieczka była niesamowita. Na dodatek zaobserwowaliśmy wzruszającą scenę, której głównym bohaterem był źrebak/czy też może była to mała klacz. Dwie panie wyruszyły na przejażdżkę konną z mijanej przez nas stadniny, zostawiając "w domu" małego konia w towarzystwie dużego. Mały koń był na prawdę wkurzony - to było po prostu widać! Wierzgał, prychał, podrzucał grzywę, odprowadzał wzrokiem konie, które truchtały po szosie. To było takie ludzkie - nie mogłam oderwać od niego wzroku. Po kilku minutach dotarliśmy do Kulturoasen, która była wypełniona po brzegi. Tego samego dnia odbywał się tam też (w podwórzu) ekologiczny targ. Ludzie jedli i pili - bo cała akcja, która ma miejsce co tydzień - nazywa się LUNCHMUSIK:) Stąd ta osobliwa pora. Gdy zespół zaczął grać ludzie porzucili jednak jedzenie i zaczęli na prawdę hulać. Jak sobie pomyślałam o wszystkich tych określeniach, jakimi się obdarza osoby ze Szwecji (zimni, zdystansowani, zamknięci), to na prawdę trudno było uwierzyć, że te roztańczone o 14 godzinie w niedzielę osoby są Szwedami i Szwedkami. Zatem było na prawdę miło. Próbka tego, co wyprawiali Räfven tamtego dnia -> http://www.youtube.com/watch?v=qdwPcMFl1SE, http://www.youtube.com/watch?v=Jp8k_bO75XY. Nas też porwało, choć zostaliśmy na swoich stojących miejscach blisko sceny (najbliżej mieliśmy rumianego gitarzystę) .
W poniedziałek Bartek odnalazł na naszej drodze dokładnie to czego szukał, a więc sklep z płytami. Spędziliśmy tak dość dużo czasu, ale opłacało się bo zakupił wartościowe okazy, za na prawdę dobre ceny, czatując przy okazji z panem sprzedawcą o koncercie zespołu Selecter z lat 80., na którym pan był. W sklepie dołączyła do nas moja koleżanka Valeria (która patrząc na okładkę płyty Davida Bowie "Low" powiedziała, że jestem do niego podobna:), po czym udaliśmy się na kawę do miłej kawiarni. No a potem polowanie na ciuchy w lokalnej sieci secondhandów o nazwie Myrorna. Byliśmy oczywiście OSTATNIMI klientami,którzy opuścili sklep bo Bartek zwykle długo szuka odzieży i długo przebywa w przebieralni.
No a wtorek był dniem Stockholmu. Podróż szybka (40min), ale długa na tyle, żeby się chwilowo zadumać i popatrzeć przez okno pociągu na jesienne krajobrazy. Pierwsze co musieliśmy zrobić do zostawić Bartka plecak u Katariny, u której mieliśmy spędzić noc (Bartek na drugi dzień już wylatywał). Katarina spadła nam z nieba, bo mimo że specjalnie na okazję pobytu w STKH zarejestrowałam się na CouchSurfingu, mimo że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby nie płacić za hostel - jeszcze do wtorku wieczorem mieliśmy zamiar wrócić jednak w nocy do Uppsali. No ale Thomas od Uppsala Pride znalazł nam Katarinę, mieszkającą "pretty close". Katarina spotkała się z nami przy metrze, wręczyła klucze, poinstruowała i poszła na spacer. Potem widzieliśmy ją jeszcze w nocy, jak wróciliśmy - to jedna z tych osób, co to od razu czuje się do nich sympatię i myśli, że ta osoba jest "swoja". Kolekcja filmów na VHS nad telewizorem w kuchni pokrywała się z moimi filmowymi zainteresowaniami, w łazience wisiał plakat instruktażowy "Punkt G i kobieca ejakulacja" . Przypomniały mi się majowe Dni Cipki, kiedy to książkę o tej tematyce promowałyśmy pewnego pięknego dnia w kawiarni Tel-Aviv podczas rozmowy z Furją. Katarina pracuje z upośledzonymi osobami, ale w tygodniu naszego noclegu pracy jeszcze nie zaczynała. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
Po zostawieniu bagaży udaliśmy się na miasto. Ach cóż to za miasto. Pierwsze wrażenia na prawdę wspaniałe. Woda, mosty, rowery. Stare miasto wcale nie aż tak bardzo turystyczne i przewodnikowe, potem Sodermalm z neonem STOMATOL, kawiarniami i sklepami. Mury obklejone plakatami reklamującymi koncerty (wtedy były to m.in. Scissor Sisters, Talib Kweli, The Divine Comedy). Zakątki przypominające komunistyczne europejskie miasta, ale i dużo tych ekskluzywnych. Byliśmy w Beyond Retro, poszperać w bajkowych strojach vintage, potem na wyśmienitej sycylijskiej pizzy, ale namierzyliśmy też hinduską restaurację z rozsądnymi cenami (o co jak wiadomo nie łatwo). Dodam, że obiad zasponsorowała Bartka mama Krystyna - Bartek wręczył mi urodzinowy prezent od niej w postaci 30 EURO:)
Potem herbata w knajpie, gdzie raczej herbaty się nie pije, ale antypatyczny, wytatuowany barman specjalnie dla nas przyrządził cytrynową herbatę w napełnionych tylko do połowy szklankach - druga połowa była przeznaczona na mleko. Tak sobie autorytarnie zadecydował. No a potem... koncert. Wszystko było po prostu perfekcyjne (poza cenami:) ale tak już tu niestety jest). Zimny jabłkowy cider i piwko pomogły nam w relaksie, miałam super miejsce siedzące na wysokim krześle (nie lubię stać na koncertach bo mnie to męczy), klub wypełniony, ale bez przesady. Gwiazda wieczoru - Of Montreal - dała doskonały show. Bartek zakupił płyty i gadżety (tu ceny były dla odmiany niskie).
Koncertowe baterie zostały naładowane, czas było powrócić do uniwersyteckiej Uppsali. Ale Sztokholm jest bardzo blisko i zaprasza - tak więc monitoruję nieustannie ceny biletów (niczym bilety lotnicze - te na pociąg do Sztokholmu bywają BARDZO tanie, i droższe) i szykuję się na kolejne odwiedziny.
Wróciłam do Uppsali, wywietrzyłam pokój i pojechałam na jogę. A jeszcze przez kilka następnych dni jadłam zakupione wspólnie z Bartkiem zapasy i ser Liliput, który został mi przywieziony z Warszawy. Nastała studencka rzeczywistość, obrony esejów, siedzenie w bibliotece Karin Boye. I internetowy kontakt z Warszawą, do której przyjadę dopiero w grudniu.


sobota, 16 października 2010

Prawo rodzinne

Zajęcia z prawa rodzinnego prowadziła dr Anna Singer, która urzekła mnie po pierwsze swoim podejściem do małżeństw homoseksualnych (będzie opisane niżej), faktem, że zrezygnowała z bycia prawniczką na rzecz nauczania, gdyż "zdzieranie" pieniędzy z ludzi będących w osobistych kłopotach było dla niej nie do zniesienia, oraz wyglądem a la Mireille Mathieu.

Już na samym wstępie zajęć padło stwierdzenie, że szwedzkie ale i generalnie - skandynawskie prawo rodzinne jest progresywne. W latach 60. socjaldemokraci wespół z liberałami zmienili kodeks rodzinny z 1920 roku, który zdążył się zdezaktualizować. Kobiety zaczęły pracować, rodzina stała się mniej stabilna w porównaniu do tej z minionych stuleci. Naczelna zasada, jaka przyświecała reformie to:
"Family law should be used in order to create equality between man and woman".
Progresywność szwedzkiego prawa przejawia się to m.in. w prawie małżeńskim, w którym przeszkody w zawarciu małżeństwa zredukowano do minimum, (małżeństwo nie może być zawarte tylko z bezpośrednimi potomkami i przodkami, oraz pomiędzy rodzeństwem - kuzynostwo i rodzeństwo adopcyjne może zawrzeć małżeństwo), w którym od 1995 roku istniała możliwość zawarcia związku partnerskiego między osobami tej samej płci, a od 2009 roku weszło w życie prawo o małżeństwach homoseksualnych. Progresywność może też być widoczna w istnieniu od 1973 roku prawa o kohabitacji, czyli związku osób, które żyją razem jako para, na stałe (przy czym nie chodzi tu o relację na całe życie, ale o relację długoterminową), mają wspólne gospodarstwo domowe i prowadzą wspólne życie seksualne. Instytucja kohabitacji różni się od małżeństwa między innymi tym, że osoby nie mają obowiązku wzajemnego wsparcia finansowego, nie mają prawa do dziedziczenia po sobie, oraz nie mogą razem adoptować dziecka.

Statystyki wskazują, że w latach 1995-2003 zmniejszyła się w Szwecji liczba małżeństw, za to zwiększyła liczba par kohabitujących. W 2008 tylko 53% dzieci urodziło się w małżeństwie. Jak podała dr Anna Singer popularnym motywem zakładania rodziny jest życie w wolnych związkach i zawieranie małżeństwa, kiedy urodzi się (pierwsze) dziecko - zwykle gdy kobieta ma 30-32 lata.

Anna Singer była doradczynią w parlamentarnej grupie, zajmującej się kwestią wprowadzenia prawa o małżeństwie osób tej samej płci (jak wspomniałam - prawo zostało uchwalone w 2009 roku). Swoje opinie i wnioski zawarła w tekście, który dostaliśmy na zajęciach. Jej zadaniem było rozważanie wszystkich za i przeciw dotyczących małżeństw homoseksualnych, a konkretnie - miała ona odpowiedzieć na pytanie, czy małżeństwo powinno być zarezerwowane tylko dla kobiety i mężczyzny. Miała też zająć pozycję w kwestii formy, w jakiej osoby tej samej płci miałyby wkraczać w związek małżeński (droga cywilną, czy także podczas ceremonii religijnej?).
Dr Singer w swojej opinii napisała kilka rzeczy, które uznaję za bardzo trafnie ujęte.
Argumentowała ona, że mimo, iż w Szwecji możliwe było od 1995 zawarcie związku partnerskiego przez osoby mające tą samą płeć, a efekty prawne miedzy partnerstwem a małżeństwem nie są aż tak drastycznie różne, małżeństwo jest istotne gdyż ma wielką wartość symboliczną.
Jest ono automatycznie kojarzone z relacją na całe życie, opartą na miłości i wzajemnych zobowiązaniach. Dlatego autorka nie widzi żadnych powodów, aby ze względu na płeć pozbawiać ludzi prawa do wejścia w taki związek.
Przyznała, że małżeństwo jest głęboko zakorzenione w świadomości społecznej zarówno w Szwecji jak i innych krajach - jako związek kobiety i mężczyzny. Jednak - jak twierdzi - percepcja konkretnego społecznego zjawiska, nawet mającego tak długą tradycję, jak małżeństwo, nie może trwać wiecznie. Postęp wspiera nowe wartości i obecnie widać, jak społeczne podejście do homoseksualizmu się zmienia i jak wiele robi się, aby przezwyciężyć skierowaną wobec osób homoseksualnych dyskryminację i nierówne traktowanie. Zostało to literalnie wyrażone w szwedzkiej konstytucji ("society should counteract discrimination on the basis of - among other things - sexual orientation"). Co prawda brak prawa dla osób homoseksualnych do wstąpienia w związek małżeński nie jest dyskryminacją w rozumieniu szwedzkiej konstytucji, a nawet w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, tym niemniej jest to przejawem mniej przychylnego traktowania.
Jak wskazuje autorka sprzeciw wobec nowego prawa był wyrażany przez przedstawicieli szwedzkiego kościoła i innych społeczności religijnych. Podnoszone były też kwestie związane z samym określeniem "małżeństwo" - oponenci uznali je za zarezerwowane tylko dla par heteroseksualnych. Anna Singer jednak uznaje, że "wynalezienie" nowego określenia dla związku osób tej samej płci jest zupełnie zbędne.
Autorka opisuje też, że podczas dyskusji padło stwierdzenie, że małżeństwo jest instytucją, której celem jest wydawanie na świat i wychowywanie potomków, dlatego też kwestią problematyczną jest fakt, że pary homoseksualne nie mają biologicznej możliwości rozmnażania się.
Dr Singer jednak zaprzecza, jakoby jedynym celem osób wstępujących w związek małżeński było płodzenie dzieci; nie jest to też prawnym wymogiem. Dlatego argument ten zupełnie do niej nie przemawia. Przywołuje też orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, w którym zostaje stwierdzone, że możliwość posiadanie wspólnych dzieci nie jest warunkiem koniecznym do zawarcia małżeństwa.
W kwestii dzieci osób będących w związkach jednopłciowych autorka stwierdza, że najważniejszą sprawą jest bezpieczeństwo i miłość. Dlaczego więc miałaby mieć tu znaczenie płeć rodziców? Poza tym - jeśli przysłuchać się debacie na temat tego, jak istotne jest dla dziecka, aby wychowywało się w małżeństwie - okazuje się, że brak możliwości zawarcia małżeństwa przez pary osób tej samej płci sprawia, że dzieci w takiej rodzinie są inaczej traktowane, niż dzieci rodziców o różnej płci (Podoba mi się założenie, że takie rodziny po prostu istnieją. W naszym kraju mało kto chce uwierzyć w istnienie "tęczowych" rodzin tylko dlatego, że prawo ich "nie rozpoznaje").

Bez nadmiernych zawiłości i skomplikowanej argumentacji - a jaki efekt!
Sprzeciw wobec tego, co pisze Anna Singer może być jedynie wsparty argumentem że tradycja, że wbrew naturze. A to już ideologia, nie potrzeba społeczna, na którą prawo powinno reagować i odpowiadać adekwatnymi regulacjami. W Szwecji się w końcu udało.

Dużą część zajęć z prawa rodzinnego zajęły rozważania na temat podziału majątku przy rozwodzie, ale kwestia same-sex marriages też została poruszona. O wypowiedź na temat rodzimego prawa została poproszona... oczywiście, osoba z Polski. Nie omieszkałam dodać paru słów na temat treści naszych podręczników do prawa rodzinnego - niektórzy byli bardzo oburzeni. Ale inni - niekoniecznie. Z faktu, że w Belgii są zalegalizowane małżeństwa homoseksualne okazał się być niezadowolony wspomniany poprzednio kolega - "obrońca życia nienarodzonego". Wyraził to równie lapidarnie - na stwierdzenie prowadzącej, że w Belgii jest takie a takie prawo, nie za głośno, ale zawsze, odparł: "Unfortunately".




Esej, Karin Boye i judicial review

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem pisania zaliczeniowego eseju i oczekiwania na odwiedziny Bartka.
Nad esejem pracowałam częściowo w bibliotece prawnej, co oznaczało spotykanie znajomych osób z grupy i wymienianie refleksji na temat pisanych tekstów. Tym razem było to dla mnie dość irytujące i co gorsza - nerwowe doświadczenie. Przyczyną był temat eseju - aborcja (w prawie Szwedzkim i Polskim). Zdołałam się przekonać, że w mojej studenckiej grupie jest kilka osób, które uznają aborcję za morderstwo (z tego co wiem, są one z katolickiego uniwersytetu w Belgii).
Jedna z nich, po uprzednim pytaniu do mnie skierowanym - "Czy Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje prawo do aborcji jako prawo człowieka?" i mojej odpowiedzi "(jeszcze) nie, ale w momencie gdy istnieje prawo do aborcji (w Polsce 3 przypadki), a nie jest ono możliwe do wyegzekwowania (w Polsce to niestety bardzo częste sytuacje) wówczas mamy do czynienia z naruszeniem prawa podmiotowego, i Alicja Tysiąc wygrała bo nie mogła się odwołać..." - nie zdążyłam dokończyć, bo kolega wyraził swoje poglądy w lapidarnym sformułowaniu: "License to kill". Nie wiem, czy do końca zrozumiał o co mi chodziło, a może po prostu jest przeciwny prawu do aborcji nawet w przypadku zagrożenia życia kobiety? Nie miałam siły mu tego tłumaczyć. Dlaczego??? Bo jak słyszę takie teksty to ręce mi opadają. Nie jest to zbyt dobra postawa, szczególnie na wydziale prawa. Muszę się uzbroić w cierpliwość, zrozumienie i zapas argumentów... Szczególnie na następny czwartek, kiedy to bronię mojego eseju przed Szkotką Jennifer. Jennifer zdaje się być zainteresowana tematem, wysłała mi miłego maila i jestem prawie pewna, że nie jest "obrończynią życia nienarodzonego". Sęk w tym, że obrona odbywa się w grupie roboczej, do której należy także kolega, którego wspomniałam wyżej i każdy jest zaproszony do dyskusji (tzn. nie tylko osoba broniąca się i oponent).
Zobaczymy, co się wydarzy.

Tak więc pracować wolałam i wolę w pobliskiej bibliotece na wydziale humanistycznym. Bibliotece tej matronuje Karin Boye - szwedzka pisarka i poetka. W latach 20. XX wieku studiowała na uniwersytecie w Uppsali. Żyła w związku małżeńskim z mężczyzną, jednak po kilku latach związała się z Margot Hanel, którą nazywała swoją żoną. W 1941 roku Karin popełniła samobójstwo, wkrótce zrobiła to też Margot.
W Karin Boye Bibliotek jest wielka półka z literaturą dotyczącą gender, bardzo miła obsługa (pani osobiście zaprowadziła mnie do półki z książką, której szukałam, po tym jak powiedziałam, że jestem tu po raz pierwszy), i mnóstwo osobnych stolików rozlokowanych w różnych kątach i zakamarkach. Można tam na prawdę osiągnąć pożądany stopień skupienia:)

Wczoraj odbyła się pierwsza tura obrony esejów - ja byłam oponentką Karoliny (Polki, która przyjechała z uniwersytetu w Reading). Karolina pisała na temat Judicial Review w Szwecji i Anglii. Dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że forsowała w eseju tezę, jakoby Szwecja miałaby niechętnie podchodzić do tego typu drogi sprawdzania konstytucyjności przepisów. W szwedzkiej konstytucji jest przepis mówiący o tym, że sąd lub urząd administracji może odmówić stosowania przepisu który jest sprzeczny z konstytucją, lub który został uchwalony z pogwłaceniem procedury. Jeżeli jednak przepis został uchwalony przez Riksdag (primary legislation) lub rząd - wtedy błąd musi być ewidentny ("manifest error"). Karolina uznała, że drobiazgowy sposób stanowienia prawa w Szwecji (dość skomplikowana, długotrwała procedura legislacyjna) sprawia, że rzadko kiedy prawo zawiera istotny błąd. Po drugie - jak pisała - aby wyeliminować konieczność zastosowania judicial review sędziowie zwykle używają takich reguł interpretacyjnych, że nawet jeśli przepis jest "podejrzany", uznają ostatecznie, że nie stoi z sprzeczności z żadnym nadrzędnym aktem prawnym. Judicial review jest bowiem w Szwecji tradycyjnie uznawany jako zamach na demokrację - dlaczego sędziowie mieliby kwestionować prawo uchwalone przez demokratycznie wybrane ciało legislacyjne?
Autorka eseju uznała to za zagrożenie dla praw jednostki.
Esej ten zainspirował mnie do rozważań na temat polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Sąd ten zdaje się robić dokładnie to, o czym pisała Karolina - a więc używać argumentów w sposób prowadzący do orzeczenia, które jest dla Trybunału jedynie właściwe i wygodne. Przykłady przemawiające do mnie najbardziej to sławne orzeczenie uznające aborcję ze względów społecznych za niekonstytucyjną, zaś wliczanie oceny z religii (katolickiej) do średniej ocen za konstytucyjne.
Dlatego idea niechęci do sprawdzania konstytucyjności prawa mnie na prawdę urzekła.

piątek, 1 października 2010

engagera dig!

Jak wspominałam w poprzednich postach w listopadzie odbędzie się tu spora impreza queerowo-feministyczno-anarchistyczna.
Aby zgłosić się do wolontariatu przy festiwalu udałam się w niedzielę do centrum kulturalnego Grand (przedzierając się przez blokady na ulicy Trädgårdsgatan, na której kręcono amerykańską wersję Millenium Larssona. Tak tak, w Uppsali:). Ku mojemu zaskoczeniu (oraz zaskoczeniu Thomasa, który jest koordynatorem wolontariuszy), mimo że na fecebooku "zaatendingowało" się około 25 osób, w Grand pojawiłam się ja i chłopak z Finlandii (nie pamiętam jak ma na imię...).
Tym niemniej było bardzo miło, uraczono nas herbatą i ciastkami, Thomas omówił krótko kwestie organizacyjne (do 8 października można zgłaszać inicjatywy więc program jest jeszcze niekompletny), my opowiedzieliśmy o sobie i...czekamy na kolejne informacje. Przypuszczamy, że na następnym spotkaniu zjawi się więcej osób.
Wiadomo na pewno, że tegoroczna Uppsala Pride (jest to trzecia edycja) będzie poświęcona głównie anty-rasizmowi.
Niektórzy ludzie w Szwecji są na prawdę, na prawdę zaniepokojeni wynikami wyborów.

Sam klub Grand jest miejscem ciekawym http://www.grand.uppsala.se/
Będzie to jeden z festiwalowych obiektów. Mieści się w budynku dawnego kina, wybudowanym w 1936 roku (w połowie lat 90. budynek musiał przejść renowację bo ucierpiał podczas pożaru) i jest wielokulturową przestrzenią otwartą dla wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży, także tej niepełnosprawnej, dla której organizowane są specjalne zajęcia. W klubie działa kawiarnia, odbywają się koncerty.


Poniżej oficjalny plakat tegorocznej Uppsala Pride! Zapraszamy!

Heterofriendly plus co ile kosztuje?

Spotkanie z SFQ Uppsala grupą było niezwykle miłe.
Około 19, kiedy nad Uppsalą powoli zapadał zmrok, skierowałam swoje kroki do siedziby Kalmar Nation bo własnie tam, na górnym piętrze, w sali ze stołem zastawionym słodkimi przekąskami i drugim - z ulotkami, pismem "Wannabe" (http://hbtqstudenterna.se/wannabe --> w numerze 16 są tez teksty po angielsku)) i deklaracjami członkowskimi, czekały przedstawicielki i przedstawiciel zarządu organizacji. Przedstawiciel na samym początku wyznał, że jest szczęśliwym małżonkiem swojego partnera i że aktualnie jako osoba transseksualna jest w trakcie procesu transformacji "woman to man" (czeka go operacja). W pewnym momencie któraś z zebranych osób zapytała, czy do organizacji mogą należeć też osoby "straight", na co oczywiście padła odpowiedź twierdząca. Tak tak, oto spotkanie, na którym osoba niehomoseksualna czuje się jak "inna" (sądząc po pytaniu które padło), ale zdaje się, że szybko uczucie to mija, bo SFQ Uppsala jest otwarta dla wszystkich. Jedyny warunek, który trzeba spełnić, to bycie osobą studiującą (ale przewodnicząca zapewniła, że niektóre eventy i spotkania będą organizowane poza nacjami - żeby można było przyprowadzić swoich niestudiujących znajomych - dla mnie idealnie!). Przyszły osoby w różnym wieku, w zarządzie najstarsza jest przewodnicząca Stefanie (26 lat), ale był też 39 letni Willy.
Po krótkim wprowadzeniu w tematykę działalności grupy (w skrócie: grupa w Uppsali jest lokalną gałęzią ogólnokrajowej organizacji, która dzieli się na podgrupy takie jak m.in. trans oraz grupa poliamorystów), która jest otwarta na współpracę z innymi organizacjami, a przede wszystkim na inicjatywy osób do grupy należących, podzieliliśmy się na dwa obozy w celu przeprowadzenia zapoznawczych zabaw. Aż w końcu nadszedł czas na zejście do mieszczącego się w piwnicy Kalmar pubu - było tam jednak wyjątkowo tłoczno, dlatego Stefanie poprosiła barmana o to, żebyśmy mogli zakupić cidery, piwa i wina i powrócić na górę. Barman był bardzo zdziwiony i nie mógł się zdecydować, czy zgodzić się na tak wywrotowy pomysł ("W Szwecji temat zakupu alkoholu jest zawsze problematyczny i musiał mieć chwilę na rozważenie za i przeciw" - powiedziała mi Stefanie) , ale w końcu się udało i tak oto wieczór mijał na rozmowach i popijaniu w miłym gronie.
Był Erik z pomalowanymi na perłowo-zielony kolor paznokciami, Shane z Karaibów, który zdradził, że wreszcie po raz pierwszy od przyjazdu do Uppsali czuje się jak u siebie, bo "jak z kimś rozmawiasz na uczelni, to nie wiadomo, czy możesz całkowicie swobodnie o sobie mówić, czy nie". Na wyspie z której pochodzi Shane bycie gejem musi być utrzymywane w tajemnicy.
Z kolei Kimberly która przyleciała do Szwecji z Montany planuje tu zostać, bo w USA, a szczególnie w Montanie jest "konserwatywnie nie do wytrzymania". Tu chciała sprawdzić, jak się żyje w kraju gdzie równość płci jest na prawdę zaawansowana. Rozmawialiśmy też o polowaniach na zwierzęta - byłam na prawdę zaskoczona jak inne jest podejście w takim miejscu jak północny zachód USA do tej barbarzyńskiej według mnie aktywności. Tam ludzie są permanentnie nawiedzani w swoich posesjach przez niedźwiedzie grizzly i w ten właśnie sposób się bronią. Jednak nieco inna to jakość niż zorganizowany i celebrowany wypad do puszczy w celu uczestnictwa w spotkaniu towarzyskim przy okazji strzelania do saren, dzików i zająców, które nierzadko z przestrzelonymi płucami, czy innymi organami wewnętrznymi, ostatnimi siłami uciekają przed goniącymi je psami i myśliwymi.

Poniżej w galerii załączam plakat reklamujący nadchodzącą imprezę w klubie queer "Wilde!". Chciałabym się na nią przejść, ale muszę policzyć czy nie nadwyręży to zanadto mojego budżetu - w przyszłym tygodniu goszczę pierwszego przybysza z Warszawy i czeka mnie dużo wydatków (m.in Sztokholm).
Poza tym kupiłam rower - niedrogo, bo niewielki (znajomi kupili rowery za 700-1000 SEK), ale jednak zawsze to 450 koron.

Dla porównania:
piwo w pubie nacji - 30-40 SEK
posiłek wegański - 45-60SEK
kieliszek wina - 28 SEK
cider - 30-40 SEK
tygodniowe wydatki na jedzenie (jeśli się gotuje w domu, nie je mięsa i nie jest się osobą przywiązaną produktów mlecznych, bo to jest tu dość drogie) -można się zmieścić w 250 - 300SEK
wstęp na imprezy: to zależy, ale od 40-80 SEK, często wstęp jest wolny, albo płatny, jednak przed 21.00 można wejść bez opłat.
mała kawa na mieście w kawiarni Fair Trade - 30SEK
w pozostałych, w tym sieciówki - 20-30, 40SEK w zależności od rodzaju i wielkości
oferta studencka - kawa plus kanapka - 50SEK
miesięczny open-karnet dla studentów na zajęcia sportowe (power joga, aerobiki i inne zajęcia grupowe, gra w badmintona, koszykówkę, siatkówkę) - 450SEK
towary w sklepach second-hand: (jest w czym wybierać!!!!) swetry 60-100SEK, buty 50-250, gustowny, emaliowany garnek - 30 SEK, t-shirt - 25-60SEK, spodnie od 80 SEK, książki (tez angielskie) od 5SEK, szklanki, kubki, oryginalne kieliszki do wina - od 5-10SEK,
bilet na autobus (90minutowy) - 30SEK (nie korzystam)
kanapka kupiona w supermarkecie - 30SEK
cynamonowa bułka - 8 SEK (w kawiarni 15SEK)
artykuły papiernicze - zeszyt - od 12SEK, marker, cienkopis - od 15SEK, teczki, segregatory - od 25 SEK, podręczniki ... no comment. Po zniżce studenckiej podręcznik "Swedish Legal System" najnowsze wydanie kosztował mnie 429SEK. Mam nadzieję, że przyszłe kursy nie będą aż tak wymagały zakupu podręcznika...



Dobrze, że popularną opcją jest tu zabieranie lunchowego jedzenie z domu, termosy pełne kawy czy herbaty - w prawniczej bibliotece można podczas pracy jeść i pić, co na prawdę umila godziny spędzone na studiowaniu:)


Także Uppsala kosztuje.

Na chwilę obecną dostrzegam pozytywny aspekt regulowanej sprzedaży alkoholu - zakup wina (bo wino lubię najbardziej) jest dość skomplikowany: nie dość, że trzeba się przejść do sklepu Systembolaget (jest ich kilka w dość odległych od osiedli mieszkaniowych rewirach), to ceny nie są najniższe (no i - jak twierdzą przebywający tu Francuzi - wina są tu "złe"). Po takim treningu moja tolerancja na alkohol bardzo się zmniejszyła, dlatego bywa, że jeden spory kieliszek w pubie wystarczająco potrafi umilić wieczór.