W piątek zaraz po 5-godzinnym, kazusowym egzaminie z kiążkami i pomocami na wyciągnięcie ręki - udałam się do sławnego klubu w nacji Varmlands. Było na prawdę miło, choć jak zwykle muzycznie nie do końca mogłam się odnaleźć. No ale nawet nieco potańczyłam (!) - co ciekawe - pośród półek z książkami. Bo klub onzacza tyle, co zaanektowanie całej przestrzeni budynku nacji. To, co na co dzień jest kafajką, restauracją, biblioteką (stąd te książki:) w wieczór klubowy staje się całe...klubem. Zamiast lunchu, kawy i ciastek kupuje się piwo, cidery i mnóstwo wódki, dżinu, rumu itp (o tak, zauważyłam, że bywalcy i bywalczynie studenckiego klubu popijają dużo mocnego i dość drogiego alkoholu) . Początkowo przebywałam w znajomym gronie, czyli Neslihan z Turcji plus jej znajomi z Francji, potem wszystko się pomiksowało i skończyłam przy stoliku ze Szwedami studiującymi leśnictwo. Dyskusje były o polowaniu (ja byłam przeciw a oni jako leśnicy objaśniali mi jak to jest w praktyce. i tak jestem przeciw).
W sobotę zaś byłam na urodzinach Valerii z Meksyku (z którą mamy plany muzyczne, ale cicho sza - zobaczymy. Valeria gra na keybordzie i sama sobie miksuje piosenki, całkiem ciekawie, i jest za wystąpieniem w opisywanej wcześniej akcji open mic night - ja oczywiście się cieszę, że mam kogoś do snucia tego typu projektów...ale gdzie jest moja gitara???)
Urodziny były - to ciekawe - w chatce na cichym i spokojnym osiedlu, gdzie o godzinie 21 w sobotę spora część mieszkańców jadła rodzinną kolację lub oglądała tv (okna bez zasłon).
Chatka w środku tego osiedla jest właśnie przeznaczona na imprezy - można ją wynająć. Na przyjęciu było dużo osób z Meksyku, dużo tequilli, był też poprzebierane za diabły dzieci, które jednak szybko pogrążyły się we śnie na ustawionych tu i tam kanapach. Valeria wychyliła na prawdę sporo kieliszków z tequilą i powiedziała mi, że w Meksyku jest inaczej niż w Europie, ponieważ różnice płci są bardzo wyraźne i są wręcz celebrowane. Nie jest równo, jak w Europie, jest podział i określone role. Jesteś kobietą i idziesz ulicą, pracujący na rusztowaniach robotnicy krzyczą w twoim kierunku i pogwizdują (Mammasita! - znaczy - You're hot!). Valeria zauważa, ze w Szwecji tego nie ma i to jest ok, ale czasem ją to niepokoi, bo czuje się niewidzialna.
Jeśli chodzi o lesbijki to podobno one są zwykle bardzo męskie i "po męsku" ubrane. To jest sygnałem dla panów z rusztowań, że nie mają po co się wysilać z krzykami i gwizdami.
Ucieszyło mnie kiedy Valeria poprosiła o informacje na temat Uppsala Pride i powiedziała, że chętnie weźmie w festiwalu udział.
No więc festiwal! Dziś było spotkanie osób zaangażowanch wolontaryjnie - dostaliśmy plakaty, ulotki, gazety z programami. Muszę to porozrzucać i poprzylepiać - szczególnie na wydziale prawa! Ale i tak festiwal jest już dość mocno rozreklamowany - jest sponsorowany także przez miasto. Spotkanie prowadził Johan, który jak się okazuje jest prawą ręką Gudrun Schyman - przewodniczącej Feministik Initiativ. Spotkanie spotkaniem (było miło, wiem kiedy mam dyżury, reszta niebawem, no i podczas tych czterech wyczekiwanych dni) - > ale miejsce! Było to w czymś na kształt domu kultury, ale nieco innym niż Grand. Ten dom kultury, mieszczący się w starej kamienicy, to jednocześnie kawiarnia i sala prób. Ściany pomieszczeń są dość frywolnie pomalowane, toalety stanowią forum przekazywania różnorakich treści (na desce klozetowej przeczytałam ciekawe hasło, nie pamiętam dokładnie, ale przekaz brzmiał, że każdy jest winien 100 rasistowskich skalpów ). W trakcie naszego meetingu przybyli chłopcy - muzycy gothic-metalowego bandu, którzy zaczęli się przygotowywać do próby. Po paru minutach dołączyły do nich dziewczyny z pomalowanymi na biało twarzami. Niestety nie wiem jak przebiegała próba.
Jutro wykład inaugurujący nowy kurs: Comparative Legal History and Contemporary Jurisprudence, a potem przygotowania przygotowania na przylot Moniki i Ewy - w czwartek~!
Jak miło...