piątek, 24 września 2010
Sveriges Förenade HBTQ-studenter Uppsala
Tort Law by Mårten Schultz
Dziś odzyskałam wiarę w to, że ekscentrycznie wystylizowani wykładowcy (patrz - zeszłotygodniowa trauma po zajęciach z rzucającym markerami profesorem) mogą być osobami błyskotliwymi, przezabawnymi i doskonale tłumaczącymi główne koncepcje szwedzkiego prawa.
Dzisiejsze zajęcia z panem o nazwisku Mårten Schultz były ogromną, ogromna przyjemnością. Opowiadał o szwedzkich deliktach (tort law), a wykład był serią absurdalnych kazusów (choć dobrze pokazujących mechanizm działania prawa) podawanych z wdziękiem i zadziwiającą szybkością (ponoć po szwedzku mówi jeszcze szybciej). I tu dało się zauważyć kilka ciekawych różnic w porównaniu z polskim prawem zobowiązań z tytułu czynów niedozwolnoych. Okazuje się, że sprawy o odszkodowanie rzadko kiedy trafiają do sądów, bo Szwecja (zainspirowana Nową Zelandią) poza generalnym The Tort Liability Act (1974) wprowadziła także bardziej szczegółowe "programy kompensacyjne" : program dotyczący wypadków drogowych, wypadków w miejscu pracy, podczas hospitalizacji, w wyniku zażycia farmaceutyków, które opłacane są w większości przez rząd. Generalna zasada szwedzkiego systemu brzmi: szkody na osobie powinny być zawsze kompensowane (w akcie nie ma nawet wzmianki o związku przyczynowym).
Poza tym - co mnie dość uderzyło - szwedzkie prawo nie wyłącza odpowiedzialności dzieci za szkodę. W praktyce nie ponoszą one kosztów - bo działają ubezpieczenia, ale prowadzący zajęcia krytykuje taką konstrukcję, i to nie tylko dlatego, że sprawiał wrażenie rozkochanego w swoich pociechach ojca (o małych dzieciach wspominał kilka razy w swoich dygresjach). Podał pewnien przykład: zdarzenie miało miejsce w zeszłym roku. 6-letni chłopiec spowodował pożar posesji. Odszkodowanie zostało opłacone przez ubezpieczyciela, jednak ubezpieczyciel postanowił... pozwać chłopca. Jak się okazało, było to dziecko imigrantów. Na wezwanie do sądu nikt nie odpowiedział, wydawało się, że ludzie w ogóle nie mieli pojęcia, co się wydarzyło. Nie było mowy o żadnej pomocy prawnej - rodzice dziecka po prostu nic w tej kwestii nie zrobili, najprawdopodobniej z powodu braku rozeznania w systemie prawnym państwa, do którego się sprowadzili. Rezultat był taki, że chłopiec został obarczony obowiązkiem zapłaty 3 milionów koron odszkodowania. Dość absurdalna sytuacja, bo - jak twierdził wykładowca - wystarczyło tylko, aby rodzice dziecka przyszli do sądu i powiedzieli, że syn płacić nie będzie. Wydaje się, że szwedzkie prawo w tym punkcie stoi w sprzeczności z konwencją o ochronie praw dziecka...
Podczas wykładu Mårten Schultz zdziwiony tym, jak jego pismo niekorzystnie prezentuje się na tablicy zdradził nam, że 20 lat temu był artystą graffiti i tagował sztokholmskie metro tagiem "Rebel" (zademonstrował ten tag na tablicy). Jakkolwiek jego słownictwo było dość wyszukane, wielokrotnie pozwalał sobie na mniej oficjalne sformułowania. Przyklasnął odpowiedzi jednego ze studentów, że najbardziej popularną formą "property damage" jest "eee broken staff?", mówiąc, że to brzmi bardzo prawniczo. Ale chyba najbardziej porywającą opowieścią było to, jak szwedzki Sąd Najwyższy powołał się w swoim wyroku na jego naukowy artykuł i tym samym... pomógł dilerowi heroiny uzyskać odszkodowanie za skradzione mu pieniądze (nie trudno się domyślić ze sprzedaży czego pieniądze pochodziły). Jest to ponoć historyjka uwielbiana przez kilkuletnią córkę profesora (chyba coś w stylu bajki na dobranoc), która zawsze powtarza "Tato, jak mogłeś coś takiego zrobić?". Cóż jednak począć, skoro Sąd Najwyższy stwierdził (powołując się na artykuł Schultza), że w szwedzkim prawie deliktowym nie ma czegoś takiego, jak zakaz ochrony interesu kryminalisty, zatem należy ogólnego przepisu który mówi, że za szkodę na majątku powinna być wypłacone odszkodowanie.
Tamburyn
sobota, 18 września 2010
Laura Augustin - posłuchajcie
piątek, 17 września 2010
Tradycja
Allmänna val
poniedziałek, 13 września 2010
Kulturnatten
Noc ( i dzień) kultury – wydarzenie znane nam i w Warszawie. Rzeczywiście w sobotnie popołudnie spacerowałam po Uppsali, zaliczając koncert gospel na rynku (blond solistka z warkoczem śpiewała prawdziwie czarnym głosem, stragany ze szwedzkimi, chińskimi, serbskimi specjałami, koncert grupy bębniarzy, oraz pokaz karateJ(biły się dziewczyny z dziewczynami, ale i dziewczyny z chłopakami). Były pokazy filmów koreańskich, niemych z muzyką na żywo, krótkometrażowych, japońska ceremonia picia herbaty w ogrodzie botanicznym, koncerty w kawiarniach, oraz mnóstwo zajęć dla rodziców z dziećmi.
Przegapiłam niestety odbywające się na głównym rynku wydarzenie zatytułowane „Parkour – Introduction for girls” („Our goal is to inspire and motivate above all girls to come and try parkour, a metod of training to help you overcome all kinds of obstacles in your path, both physical and mental”) – zbyt długo zabawiłam na pobliskim pchlim targu, pełnym rozmaitych skarbów.
Wieczór przyniósł muzyczne odkrycia (było kilka postawionych w różnych punktach miasta scen), ale przede wszystkim ten dzień i ta noc pokazały mi dobitnie, jak bardzo na szwedzkiej ulicy widoczni są:
Po raz kolejny – ojcowie z wózkami
Osoby starsze - pary bądź samotne postacie starszych kobiet i mężczyzn, chodzące powoli, czasem przy wsparciu chodzików, sprawiające wrażenie zadowolonych i czerpiących radość z tak miłego dnia/wieczoru. Niezapomnianym widokiem będzie dla mnie widok siedzącego na ławce w samym centrum deptaku na oko 80-letniego pana, który wieczorową porą jadł loda.
Osoby niepełnosprawne – często w asyście drugiej osoby, ale wielokrotnie bez nikogo – na wózkach, o kulach, wjeżdżając po górzystej ścieżce, jadąc na specjalnie przystosowanym rowerze...
Pary lesbijskie i gejowskie
Rodzice z malutkimi dziećmi siedzący w kawiarniach, popijający piwo i wino
Ludzie z psami (bez kagańców, czasem jadące w przyczepie ciągniętej przez rower).
I nie jest tak tylko podczas nocy kultury - przyniosła ona tylko nadzwyczajne zagęszczenie ludzi w ogóle. Jest tak na co dzień. W sklepie, parku, na przystanku, na uniwersytecie.
Tu w Uppsali, która przecież metropolią nie jest, różni ludzie są na prawdę widoczni. Co dopiero w Sztokholmie.