Ostatnio przetrwałam nie do końca miłe zajęcia o tytule Contract Law. Niekoniecznie dlatego, że prawo cywilne dotyczące umów nie jest fascynujące, ani też dlatego, że osoba, która zajęcia prowadziła przynudzała tak, jak to bywa na niektórych zajęciach na WPiA w Wawszawie (wykład, silenie się na zadawanie pytań dotyczących teoretycznych modeli, na które nawet jeśli ktoś zna odpowiedź, nic w nich odkrywczego ponad to, co można znaleźć w podręczniku, poza tą "nieżyciową" informacją dzięki której ani trochę nie zrozumie się tego, jak to z tym prawem jest na prawdę).
Wykład ten (przerywany "interakcjami" wykładowca - grupa) był niemiły dlatego, że prowadzący go profesor, na oko 40-letni, objawił grupie dość ekscentryczny sposób zachowania. Oto kilka razy, kiedy chciał napisać markerem na tablicy podsumowanie tych nudnych i czczych teoretycznych dywagacji na temat umów w szwedzkim prawie, okazywało się, że marker nie pisze. Wtedy to salę wypełniał przejmujący, głośny dźwięk ciskanego z wielką siłą (mającą pokazywać skalę irytacji profesora?) o ścianę (niedaleko mnie) markera. I tak 4 razy. Z obojętnym wyrazem twarzy (sadystycznym!). I kontynuacja wykładu.
To było na prawdę traumatyczne doświadczenie. Poczułam się bardzo źle. Dlaczego on to robił? Czego wyrazem to miało być? Tego, że jest ktoś usytuowany w hierarchii "niżej" od profesora, kto (jakaś ciemnoskóra pani) po godzinach pracy uniwersytetu posprząta te porozrzucane pisaki?
Tak ja to odebrałam, i szczerze powiedziawszy, mam po tych zajęciach traumę.
To nie było zabawne, to nie było eleganckie, oryginalny, luzackie.
Mogę jeszcze tylko dodać, że pan ten był dość oryginalnie ubrany: miał na sobie granatową marynarkę ze złotymi guzikami, w butonierce satynową chustkę, oraz satynowy, żółty krawat.
Wyglądał jakby się urwał z jakiegoś ekskluzywnego klubu - wstęp tylko dla mężczyzn-prawników.
A propos klubów, nacji i tradycji. Jak wspominałam wcześniej, studenckie nacje mają w Szwecji długą tradycję. Póki co, nie wiem jeszcze na czym dokładnie ta tradycje polega, poza (to akurat pozytywne) miłymi popołudniami z kawą i ciastkami, tańszym piwem, imprezami i... (znowu te obrazy) wielkimi portretami mężczyzn zdobiącymi sale siedzib większości nacji. Jest to na prawdę ciężkie do zniesienia (dla mnie). Dla porównania - odczucia o podobnej skali mam w Pałacu Kazimierzowskim Uniwersytetu Warszawskiego. Teraz widzę, że chyba podświadomie wybrałam nację Kalmar (w której nie ma aż tylu obrazów), bo jak dotąd, wszystkie pozostałe, w których miałam okazję przebywać, dosłownie straszą tymi malowidłami! Osoby z mojej "working group", z którymi to siedziałam ostatnio na spotkaniu w nacji Varmland, stwierdziły :
"Bo tak to było, taka tradycja, kiedyś kobiety nie studiowały". Banalna konstatacja. No tak, tak było. Ale komentarz Leny Holmquist o obrazie, na którym kobieta jednak była - zupełnie ich nie zainteresował, nie docenili, że oto ktoś nie przyjmuje tego tak po prostu, "bo tradycja". "Za wcześnie było, rano takie informacje do mnie nie docierają. Kto jest na obrazie? Co mnie to obchodzi? Poza tym ta Lena ma strasznie irytujący głos".
No więc obrazy są na prawdę wielkie i są na prawdę w wielu studenckich miejscach.
W tej właśnie Szwecji.
ps. Poniżej zdjęcie monumentu, który stoi przed głównym uniwersyteckim budynkiem. Dopiero kilka dni temu zauważyłam, jak wymownie rozlokowane są postacie posągu - on góruje, popycha do przodu świat swoją myślą, ona na dole, pośród kwiatów, jako muza zapewne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz