wtorek, 7 grudnia 2010

Sobota w Sztokholmie!

Ostatnio spędziłam wspaniały dzień (i noc) w gościnie u Diany i Magdy rezydujących w STKH, u których również gościli Kasia i Radek (mama i syn:). Mroźny spacer (ale jakże uroczy) po mieście, kawa w lokalu na Sodermalm, wyglądającym z pozoru jak nieistniejący już niestety warszawski Bar Poziomka, a będący w rzeczywistości azjatycką restauracją ( w której nie mieli herbaty!!!), wspólne gotowanie i popijanie pysznych jabłkowo-pomarańczowych drinków i rozmowy.
Podróż Uppsala-Stockholm to też przyjemne doznanie - szybki, czysty i ciepły pociąg (ceny umiarkowane!), który 70 km pokonuje w niecałe 40 minut (przypominają mi się moje podróże do kieleckiego liceum, oddalonego od mojego miasteczka o 28 km, które PKS pokonywał w ... 45-60 minut...). No a za oknem obecnie - bajkowe, śnieżne widoki.

Wegański poniedziałek

Zostałam zaproszona przez moją szwedzką koleżankę na coś, co się nazywa Klimax Uppsalas vegetariska måndagar. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale skuszona opisem jedzenia, jakie będzie serwowane postanowiłam to sprawdzić. Okazało się, że Klimax to regularne spotkania grupki wegan, którzy chcą promować ten styl odżywiania się (i styl życia, co tu ukrywać, jedno z drugim ma spory związek, wie to ta i ten, którzy są weganami i wegetarianami). Każdemu spotkaniu "przewodzi" ekipa osób, które obmyśliły menu i skompletowały przepisy. Potem wszyscy wspólnie przyrządzają potrawy! Przez moment czułam się jak w podstawówce - były czasem takie lekcje, na które trzeba było przynieść warzywa, noże i sztućce, a podczas zajęć wspólnie robiliśmy surówki. Ale oczywiście tylko przez moment, bo potem czułam się jak tu i teraz, w Szwecji, w grupie ciekawych i otwartych osób (byłam jedyną osobą nie znającą szwedzkiego i każdy to ostentacyjnie szanował:), a wspólne krojenie marchewek jest na prawdę dobrą zabawą. Chwilę to jednak zajęło, zanim zasiedliśmy do długiego stołu, gdzie każda z 25 osób znalazła miejsce, talerz i sztućce. Delektowaliśmy się pyszną zupą warzywną (ja byłam w grupie "zupa"), chlebem marchewkowym, sałatką z buraków, hummusem i ...tarta jabłkową. Wszystkie składniki pochodziły z rejonu Uppland i zostały wyhodowane przez lokalnych farmerów. Jabłka na tartę pochodziły z działki jednej z uczestniczek - był malutkie, miały pomarszczoną skórkę ale zapach i smak... niepowtarzalny i nieporównywalny z "dorodnymi" i błyszczącymi jabłkami z supermarketu lub bazaru.

Miejsce w którym wielkie gotowanie się odbywało jest przestrzenią wspólną akademika (zamieszkałego głownie przez szwedzkich studentów), w którym - uwaga - nie wolno spożywać alkoholu. Przy podpisywaniu umowy trzeba także zdeklarować się, ze jest się osobą trzeźwą.

Mieszkańcy akademika rzeczywiście nie piją, no może sporadycznie - jak najstarszy z grupy (nie chciał się przyznać ile ma lat ale jak na moje oko 35, może nieco więcej) Jasper - student pierwszego roku psychologii (po latach zajmowania się branżą komputerową, odnalazł swoje powołanie) - który pije od czasu do czasu wino, ale poza akademikiem:)

Z tym alkoholem to jest na prawdę ciekawa sprawa. Wiemy o reglamentowanej sprzedaży, teraz akademik dla "trzeźwych", ale chyba najbardziej niecodziennym dla osób z Polski obyczajem jest obowiązek przejścia testu na zawartość alkoholu w organizmie przed wejściem na imprezę organizowaną w młodzieżowym klubie! Tak, tak, poniżej załączam plakat koncertów, jakie odbywały się w klubie jakiś czas temu. Moja koleżanka Szwedka stwierdziła, ze to normalne - bo to klub TAKŻE dla osób poniżej 18 lat. A w Szwecji zdecydowanie promuje się trzeźwe imprezy dla młodzieży. Jak przeczytałam informację o tym "teście" (i informacji, ze nawet, jeśli osoba zechce opuścić na chwilę klub, np. podczas przerwy, po powrocie będzie przechodziła test ponownie - zdaje się, w calu zapobieżenia pokątnemu piciu w bramie:) to byłam nieco zbulwersowana. No bo ja osoba na pewno nie ponizej 18-roku życia, chcę sobie tam pójść, a wcześniej np. coś piłam (piątkowy wieczór, np. wino do kolacji) i hmm- nie zostanę wpuszczona? Po chwili jednak przypominam sobie, jak w czasach licealnych wyglądały imprezy, na które uczęszczałam. O tak, piło się. W sumie nic strasznego z tego nie wynikło (tzn. przynajmniej dla mnie, nie wiem do końca, jak z innymi...), ale... nic strasznego się nie dzieje, jeśli się nie pije. Pewnie nawet takie imprezy są nieco zdrowsze:) Tak przynajmniej zaobserwowałam mieszkając w Uppsali, tak wywnioskowałam z rozmów ze Szwedami.

Czekam więc na kolejny, wegański poniedziałek!