Dziś odzyskałam wiarę w to, że ekscentrycznie wystylizowani wykładowcy (patrz - zeszłotygodniowa trauma po zajęciach z rzucającym markerami profesorem) mogą być osobami błyskotliwymi, przezabawnymi i doskonale tłumaczącymi główne koncepcje szwedzkiego prawa.
Dzisiejsze zajęcia z panem o nazwisku Mårten Schultz były ogromną, ogromna przyjemnością. Opowiadał o szwedzkich deliktach (tort law), a wykład był serią absurdalnych kazusów (choć dobrze pokazujących mechanizm działania prawa) podawanych z wdziękiem i zadziwiającą szybkością (ponoć po szwedzku mówi jeszcze szybciej). I tu dało się zauważyć kilka ciekawych różnic w porównaniu z polskim prawem zobowiązań z tytułu czynów niedozwolnoych. Okazuje się, że sprawy o odszkodowanie rzadko kiedy trafiają do sądów, bo Szwecja (zainspirowana Nową Zelandią) poza generalnym The Tort Liability Act (1974) wprowadziła także bardziej szczegółowe "programy kompensacyjne" : program dotyczący wypadków drogowych, wypadków w miejscu pracy, podczas hospitalizacji, w wyniku zażycia farmaceutyków, które opłacane są w większości przez rząd. Generalna zasada szwedzkiego systemu brzmi: szkody na osobie powinny być zawsze kompensowane (w akcie nie ma nawet wzmianki o związku przyczynowym).
Poza tym - co mnie dość uderzyło - szwedzkie prawo nie wyłącza odpowiedzialności dzieci za szkodę. W praktyce nie ponoszą one kosztów - bo działają ubezpieczenia, ale prowadzący zajęcia krytykuje taką konstrukcję, i to nie tylko dlatego, że sprawiał wrażenie rozkochanego w swoich pociechach ojca (o małych dzieciach wspominał kilka razy w swoich dygresjach). Podał pewnien przykład: zdarzenie miało miejsce w zeszłym roku. 6-letni chłopiec spowodował pożar posesji. Odszkodowanie zostało opłacone przez ubezpieczyciela, jednak ubezpieczyciel postanowił... pozwać chłopca. Jak się okazało, było to dziecko imigrantów. Na wezwanie do sądu nikt nie odpowiedział, wydawało się, że ludzie w ogóle nie mieli pojęcia, co się wydarzyło. Nie było mowy o żadnej pomocy prawnej - rodzice dziecka po prostu nic w tej kwestii nie zrobili, najprawdopodobniej z powodu braku rozeznania w systemie prawnym państwa, do którego się sprowadzili. Rezultat był taki, że chłopiec został obarczony obowiązkiem zapłaty 3 milionów koron odszkodowania. Dość absurdalna sytuacja, bo - jak twierdził wykładowca - wystarczyło tylko, aby rodzice dziecka przyszli do sądu i powiedzieli, że syn płacić nie będzie. Wydaje się, że szwedzkie prawo w tym punkcie stoi w sprzeczności z konwencją o ochronie praw dziecka...
Podczas wykładu Mårten Schultz zdziwiony tym, jak jego pismo niekorzystnie prezentuje się na tablicy zdradził nam, że 20 lat temu był artystą graffiti i tagował sztokholmskie metro tagiem "Rebel" (zademonstrował ten tag na tablicy). Jakkolwiek jego słownictwo było dość wyszukane, wielokrotnie pozwalał sobie na mniej oficjalne sformułowania. Przyklasnął odpowiedzi jednego ze studentów, że najbardziej popularną formą "property damage" jest "eee broken staff?", mówiąc, że to brzmi bardzo prawniczo. Ale chyba najbardziej porywającą opowieścią było to, jak szwedzki Sąd Najwyższy powołał się w swoim wyroku na jego naukowy artykuł i tym samym... pomógł dilerowi heroiny uzyskać odszkodowanie za skradzione mu pieniądze (nie trudno się domyślić ze sprzedaży czego pieniądze pochodziły). Jest to ponoć historyjka uwielbiana przez kilkuletnią córkę profesora (chyba coś w stylu bajki na dobranoc), która zawsze powtarza "Tato, jak mogłeś coś takiego zrobić?". Cóż jednak począć, skoro Sąd Najwyższy stwierdził (powołując się na artykuł Schultza), że w szwedzkim prawie deliktowym nie ma czegoś takiego, jak zakaz ochrony interesu kryminalisty, zatem należy ogólnego przepisu który mówi, że za szkodę na majątku powinna być wypłacone odszkodowanie.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńprzez moment mialam ochote zostac studentka prawa:) w Szwecji oczywiscie:)
OdpowiedzUsuńsuper, ze zamiescilas foty, piekna siedziba Kalmar Nation...i grafika Beginners' Guide... cudo!