piątek, 22 października 2010

gdy odwiedził mnie Bartek

Gdy odwiedził mnie Bartek byłam niestety ciągle w trakcie pisania eseju. Dlatego musiałam ukraść kilka (głównie porannych) godzin z naszego wspólnego czasu na kończenie pisania - nienawidzę tego. Od teraz motto brzmi: "Oczekujesz gościa/gości - skończ robotę na czas!!!".

Miło było pokazać komuś to (prawie) wszystko, o czym tu się rozpisuję. Sobota upłynęła pod znakiem "flea marktu" gdzie Bartek nakupował vinyli, choć miał też ochotę na kurteczkę od pana Turka - niestety - za droga. Potem zjedliśmy pyszne ciasto łososiowe w nacji, w której na szczęście nie wisiały portrety sędziwych panów. A potem mieliśmy iść na koncert (i potańcówkę) to klubu Grand, ale okazało się że bilet kosztuje 100koron, więc zrezygnowaliśmy. Ale wyglądało to na prawdę imponująco - w foyer klubu (budynek starego kina, pisała już o tym kiedyś:) - jazzowy bigband przygrywał do tańca i cała sala pląsała. Przy drzwiach było mnóstwo butów - tancerze i tancerki woleli je zostawić. Pani sprzedająca bilety zachęcała, żeby się pobujać tu, na korytarzu - ale nie zdecydowaliśmy się na to:) Postanowiliśmy sprawdzić PUB 19, w którym miała grać lokalna bluesowa grupa. Wstęp był wolny, ale najwyraźniej w Uppsali zasadą jest przychodzenie "na czas". Tzn. wejście od 19, koncert o 20.30 oznacza, że jak się przyjdzie o 21.20 to nie ma nawet za bardzo gdzie stanąć (bo się zasłania siedzącym przy stolikach). Nie mogliśmy więc zostać.
Za to koncertowe wrażenia zapewnił nam występ szwedzkiego zespołu Räfven, (mozna zerknąć -> http://www.rafven.se/eng/) który gra klezmerską i folkową muzykę rodem ze Wschodniej Europy, ale także i Szwecji. Wiedziałam, że takowy koncert będzie się odbywał w niedzielę o ... 14.00, że jest to w miejscu zwanym Kulturoasen, pomyślałam więc, że mógłby być to fajny muzyczny akcent na niedzielne popołudnie. Potem ja zostawiwszy Bartka "na mieście" udałabym się na moją ukochaną niedzielną jogę na 15.30. Jednak po sprawdzeniu na mapie gdzie znajduje się Kulturoasen dopadły mnie wątpliwości (konkretnie: miejsce o nazwie Hagaby było "poza" moją mapą, która obejmuje jednak sporą część Uppsali). Mieliśmy tylko jeden rower, drugiego nie było od kogo pożyczyć...Jednak Bartek stwierdził, że chętnie użyje stojącej w kącie, nie-wiadomo-czyjej - hulajnogi. I bardzo mnie namawiał, żeby jednak podjąć wyzwanie odnalezienia Hagaby. Na początku go wyśmiałam, no ale ostatecznie przy pomocy roweru i hulajnogi (co było na prawdę zabawne:) całkiem szybko dotarliśmy na wspaniałe, jesienne, nieco wiejskie, leśno-polne przedmieścia Uppsali. Tej słonecznej niedzieli została ukojona moja tęsknota za jesiennym lasem (moja mama przez ostatnie kilka tygodni zdawała mi relacje ze swoich niemal codziennych 4godzinnych wycieczek na grzybobranie...). No bo przecież jeszcze nigdy nie opuściłam polskiej jesieni, a konkretnie jesieni w moich górach świętokrzyskich. No ale właśnie w tym roku opuściłam, ominęła mnie całkowicie. Dlatego też ta wycieczka była niesamowita. Na dodatek zaobserwowaliśmy wzruszającą scenę, której głównym bohaterem był źrebak/czy też może była to mała klacz. Dwie panie wyruszyły na przejażdżkę konną z mijanej przez nas stadniny, zostawiając "w domu" małego konia w towarzystwie dużego. Mały koń był na prawdę wkurzony - to było po prostu widać! Wierzgał, prychał, podrzucał grzywę, odprowadzał wzrokiem konie, które truchtały po szosie. To było takie ludzkie - nie mogłam oderwać od niego wzroku. Po kilku minutach dotarliśmy do Kulturoasen, która była wypełniona po brzegi. Tego samego dnia odbywał się tam też (w podwórzu) ekologiczny targ. Ludzie jedli i pili - bo cała akcja, która ma miejsce co tydzień - nazywa się LUNCHMUSIK:) Stąd ta osobliwa pora. Gdy zespół zaczął grać ludzie porzucili jednak jedzenie i zaczęli na prawdę hulać. Jak sobie pomyślałam o wszystkich tych określeniach, jakimi się obdarza osoby ze Szwecji (zimni, zdystansowani, zamknięci), to na prawdę trudno było uwierzyć, że te roztańczone o 14 godzinie w niedzielę osoby są Szwedami i Szwedkami. Zatem było na prawdę miło. Próbka tego, co wyprawiali Räfven tamtego dnia -> http://www.youtube.com/watch?v=qdwPcMFl1SE, http://www.youtube.com/watch?v=Jp8k_bO75XY. Nas też porwało, choć zostaliśmy na swoich stojących miejscach blisko sceny (najbliżej mieliśmy rumianego gitarzystę) .
W poniedziałek Bartek odnalazł na naszej drodze dokładnie to czego szukał, a więc sklep z płytami. Spędziliśmy tak dość dużo czasu, ale opłacało się bo zakupił wartościowe okazy, za na prawdę dobre ceny, czatując przy okazji z panem sprzedawcą o koncercie zespołu Selecter z lat 80., na którym pan był. W sklepie dołączyła do nas moja koleżanka Valeria (która patrząc na okładkę płyty Davida Bowie "Low" powiedziała, że jestem do niego podobna:), po czym udaliśmy się na kawę do miłej kawiarni. No a potem polowanie na ciuchy w lokalnej sieci secondhandów o nazwie Myrorna. Byliśmy oczywiście OSTATNIMI klientami,którzy opuścili sklep bo Bartek zwykle długo szuka odzieży i długo przebywa w przebieralni.
No a wtorek był dniem Stockholmu. Podróż szybka (40min), ale długa na tyle, żeby się chwilowo zadumać i popatrzeć przez okno pociągu na jesienne krajobrazy. Pierwsze co musieliśmy zrobić do zostawić Bartka plecak u Katariny, u której mieliśmy spędzić noc (Bartek na drugi dzień już wylatywał). Katarina spadła nam z nieba, bo mimo że specjalnie na okazję pobytu w STKH zarejestrowałam się na CouchSurfingu, mimo że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby nie płacić za hostel - jeszcze do wtorku wieczorem mieliśmy zamiar wrócić jednak w nocy do Uppsali. No ale Thomas od Uppsala Pride znalazł nam Katarinę, mieszkającą "pretty close". Katarina spotkała się z nami przy metrze, wręczyła klucze, poinstruowała i poszła na spacer. Potem widzieliśmy ją jeszcze w nocy, jak wróciliśmy - to jedna z tych osób, co to od razu czuje się do nich sympatię i myśli, że ta osoba jest "swoja". Kolekcja filmów na VHS nad telewizorem w kuchni pokrywała się z moimi filmowymi zainteresowaniami, w łazience wisiał plakat instruktażowy "Punkt G i kobieca ejakulacja" . Przypomniały mi się majowe Dni Cipki, kiedy to książkę o tej tematyce promowałyśmy pewnego pięknego dnia w kawiarni Tel-Aviv podczas rozmowy z Furją. Katarina pracuje z upośledzonymi osobami, ale w tygodniu naszego noclegu pracy jeszcze nie zaczynała. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
Po zostawieniu bagaży udaliśmy się na miasto. Ach cóż to za miasto. Pierwsze wrażenia na prawdę wspaniałe. Woda, mosty, rowery. Stare miasto wcale nie aż tak bardzo turystyczne i przewodnikowe, potem Sodermalm z neonem STOMATOL, kawiarniami i sklepami. Mury obklejone plakatami reklamującymi koncerty (wtedy były to m.in. Scissor Sisters, Talib Kweli, The Divine Comedy). Zakątki przypominające komunistyczne europejskie miasta, ale i dużo tych ekskluzywnych. Byliśmy w Beyond Retro, poszperać w bajkowych strojach vintage, potem na wyśmienitej sycylijskiej pizzy, ale namierzyliśmy też hinduską restaurację z rozsądnymi cenami (o co jak wiadomo nie łatwo). Dodam, że obiad zasponsorowała Bartka mama Krystyna - Bartek wręczył mi urodzinowy prezent od niej w postaci 30 EURO:)
Potem herbata w knajpie, gdzie raczej herbaty się nie pije, ale antypatyczny, wytatuowany barman specjalnie dla nas przyrządził cytrynową herbatę w napełnionych tylko do połowy szklankach - druga połowa była przeznaczona na mleko. Tak sobie autorytarnie zadecydował. No a potem... koncert. Wszystko było po prostu perfekcyjne (poza cenami:) ale tak już tu niestety jest). Zimny jabłkowy cider i piwko pomogły nam w relaksie, miałam super miejsce siedzące na wysokim krześle (nie lubię stać na koncertach bo mnie to męczy), klub wypełniony, ale bez przesady. Gwiazda wieczoru - Of Montreal - dała doskonały show. Bartek zakupił płyty i gadżety (tu ceny były dla odmiany niskie).
Koncertowe baterie zostały naładowane, czas było powrócić do uniwersyteckiej Uppsali. Ale Sztokholm jest bardzo blisko i zaprasza - tak więc monitoruję nieustannie ceny biletów (niczym bilety lotnicze - te na pociąg do Sztokholmu bywają BARDZO tanie, i droższe) i szykuję się na kolejne odwiedziny.
Wróciłam do Uppsali, wywietrzyłam pokój i pojechałam na jogę. A jeszcze przez kilka następnych dni jadłam zakupione wspólnie z Bartkiem zapasy i ser Liliput, który został mi przywieziony z Warszawy. Nastała studencka rzeczywistość, obrony esejów, siedzenie w bibliotece Karin Boye. I internetowy kontakt z Warszawą, do której przyjadę dopiero w grudniu.


5 komentarzy:

  1. oczywiscie jako konsumentka dobr najlepszych czyli w tym wypadku ciuchow i butow, zgrzytam zebami z zazdrosci czytajac informacje, jakie second-handy sobie odwiedzasz/dziliscie... ale ale... nadrobie:) intryguja mnie te lunchowe potancowki, nie slyszalam o takim zwyczaju,a w Austrii na pewno nie ma czegos takiego. zimny i pragmatyczny narod szwedzki przoduje jesli chodzi o grupowe spedzanie czasu:) ciekawa jestem jak wyglada okres przedswiateczny - tutaj podobno od poczatku grudnia dziala jakis market. czekam na razie:) i nastawiam sie na zjedzenie pieczonych kasztanow. od juz od tygodnia czy dwoch na ulicach sa rozstawione takie mikro-kuchnie z plackami z ziemniakow i kasztanami wlasnie. pachnie to pieknie, teraz tylko musze sie odwazyc na konsumpcje:) a kiedy w grudniu bedziesz? dopiero na swieta czy troche wczesniej?

    OdpowiedzUsuń
  2. moja droga - zakupy w ciuchowych sklepach to główny punkt twojej przyszłej wizyty - już ja mam to na uwadze! szczególnie beyond retro kt my znaliśmy z Londynu - w STKH jest kilka - można się tam po prostu zagubić. ceny bywają porażające (ale nie zawsze!!!!) ale juz sama obecność w tym sklepie sprawia przyjemność więc nie trzeba nic kupować:]
    a ja przyjeżdżam najprawdopodobniej 16 grudnia - jestem właśnie w trakcie wybierania biletów.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja od siebie dodam, że ciuchy wybierałem długo, ale za to zielona kurtka puchowa i sweter made in usa oraz czapka pirmina zurbrigena robią furorę ;)

    poza tym Ania zapomniała o ważnym dość akcencie niedzieli (oprócz lunchmusik z rafven i jogi), czyli meczu :) lokalny zespół sirius triumfował 3:1, a ja najwyraźniej przyniosłem szczęście piłkarzom studentar - tak jak sugerował pan z budki z klubowymi gadżetami ;)

    oczywiście mój pobyt w uppsali miał również nieco bardziej osobiste, powiedzmy nawet intymne aspekty, ale to pozostanie w sferze wspomnień jedynie autorki bloga oraz jej miłego (mam nadzieję) gościa :P

    OdpowiedzUsuń
  4. a no tak - jeszcze przecież oglądaliśmy MadMena - Bartek, nie musimy tego ukrywać!!!!:)

    OdpowiedzUsuń
  5. hah, az sprawdzilam co to zespol ten Sirius:)

    OdpowiedzUsuń